Zawsze mówiliśmy, że podczas podróży najcenniejsze, oprócz przyrody, są dla nas spotkania z miejscowymi mieszkańcami. A uczestniczenie i obserwowanie obchodów miejscowych świąt i festiwali jest największym przeżyciem. To dlatego wizyty w wioskach na wyspach Pacyfiku, uczestniczenie w pogrzebie w Indonezji czy święta w Laosie, są naszymi najlepszymi wspomnieniami. Dlatego zależało nam, żeby w katolickiej Ameryce Południowej spędzić Wielkanoc w dobrym miejscu. W dobrym, tzn. w takim, w którym obchody tego święta przyjmują wyjątkową formę. W miejscu, gdzie będzie dużo miejscowych osób, gdzie lokalna kultura miesza się z katolicką religią.
W całych, długim Chile udało nam sie tylko namierzyć Valparaiso, miasteczko 1,5 godziny drogi od stolicy Santiago. Przez niektórych uważane jest za kulturalną stolicę Chile, jest też jednym z głównych portów w okolicy. Tam podobno na plaży nad Pacyfikiem organizowana jest wyjątkowa droga krzyżowa w Wielki Piątek. Wiedzieliśmy, że w Andach peruwiańskich i boliwijskich zamieszkałych przez Indian musi dziać sie coś więcej. Poza tym Salta brzmiała dość ciekawie. I tak w trakcie tych poszukiwań znaleźliśmy Ayacucho.
Już sam opis Ayacucho i całego regionu był bardzo zachęcający. Położone na wysokości ponad 2700 m w centralnych Andach peruwiańskich, w regionie poza tzw. Gringo Trail, czyli dobrze przetartym i pełnym białych turystów oraz czekających na nich lokalnych przedsiębiorców. Nie ma tu wielkiej turystyki, ale jest prawdziwe Peru. Samo Ayacucho to podobno drugie najciekawsze miasto po słynnym Cuzco. A podczas Semana Santa, czyli Wielkiego Tygodnia, miasto to zamienia sie w jeden wielki festiwal.
Prawdziwa droga krzyżowa
Wszystko zaczyna się już pierwszą procesją w piątek przed Niedzielą Palmową i trwa przez 10 dni do Wielkiej Niedzieli. Niedziela Palmowa (Domingo de Ramos) jest bardzo kolorowa, ale to znamy tylko ze zdjęć, bo przyjechaliśmy tutaj w Wielki Czwartek. Viernes Santo, czyli Wielki Piątek zaskoczył nas już z samego rana. Poszliśmy na nasz pierwszy spacer po miasteczku w kierunku głównego placu i informacji turystycznej po szczegóły obchodów świątecznych, a natknęliśmy się na tłum. Była to inscenizacja biblijna drogi krzyżowej. Kilkadziesiąt osób odpowiednio ubranych z wielką pasją odgrywało przez kilka godzin poszczególne sceny. Był Jezus z koroną cierniową, biczowany i poniżany. Był Piłat i rycerze konni. Była matka Chrystusa i lamentujące kobiety. Jezus niósł ciężki krzyż potykając się i przewracając z głównego placu przez całe miasteczko na wysokie pobliskie wzgórze. Setki uczestników podążały za nim. Nawet stare Indianki w tradycyjnych strojach ciężko wdrapywały sie na sam szczyt. Ostatecznie Jezus razem z dwoma innymi złodziejami został ukrzyżowany na wzgórzu. Nie było to co prawda prawdziwe ukrzyżowanie, które ma miejsce na Filipinach. Ale wyglądało bardzo realnie. I na sam koniec ciało zmarłego Jezusa zostało przeniesione do glinianego grobu na owym wzgórzu, co zakończyło inscenizację. O dziwo, nie było ani jednego duchownego. Wszystko zostało zorganizowane przez samych mieszkańców Ayacucho.
Mistyczna procesja
W piątkowy wieczór na głównym placu zebrały się tłumy. Całe popołudnie zespoły, każdy złożony z kilku Peruwiańczyków, starych i młodych, tworzyło na betonie niesamowite malunki. Z zabarwionych na wiele kolorów wiórów drzewnych i jakiś proszków tworzyli ogromne obrazy. Jedne przedstawiały twarze, inne mapy okolicy lub religijne symbole. Ich wielka praca oprócz doznań artystycznych miała w sobie coś symbolicznego, bo jak tylko skończyli to wielka piątkowa procesja przeszła po tych obrazach i nie zostało z nich dosłownie nic. Tak jakby składali swoją ciężką pracę i piękne obrazy w ofierze...
Sama procesja była bardzo mistyczna. Na kolonialnym placu otoczonym przez niewysokie budynki z tradycyjnymi krużgankami i katedrą zebrał się tłum ze świeczkami. Zgasły światła i przy księżycu w pełni, oświetlającym pobliskie szczyty i cały plac, z kościoła wyszła procesja. Grał lokalny zespół, kobiety śpiewały. Mężczyźni nieśli 2 wielkie oświetlone platformy, jedną z trumną z ciałem Jezusa, a drugą z Maryją. Indiańskie twarze oświetlone światłem trzymanych w rękach świec dopełniały atmosferę.
Wielka Sobota – smutek i czy fiesta
Obchody Wielkiej Soboty są zupełnie inne. W lokalnych wierzeniach dominuje pogląd, że skoro Jezus nie żyje i jeszcze nie zmartwychwstał, nie ma czegoś takiego jak grzech. W związku z tym rozpoczyna sie regularna najprawdziwsza fiesta. Od wczesnego popołudnia na brukowanych kolonialnych uliczkach tańczą i śpiewają tłumy, grajkowie maszerują, a piwo leje się hektolitrami. Przez ten tłum przedzierają się paradujący na koniach lokalni peruwiańscy gauczowie. Najwięcej ludzi gromadzi się oczywiście na głównym placu. Trwa tam zawzięta rywalizacja, kto zbuduje wyższą i większą piramidę. Chłopcy i dziewczęta wspinają się więc sobie na barana, tworząc takie trzy-piętrowe budowle i wymachując na szczycie zdjętymi koszulkami. Niejednokrotnie dekonstrukcja takiej piramidy następuje szybko i niespodziewanie, bo podpici spadają na siebie, na ręce i głowy. Równolegle inni starają się podrzucić jak najwyżej dziewczyny. Śmiesznie to wyglądało, gdy z gęstego pola głów wystawała piramida ludzi i wylatywały w powietrze dziewczyny.
Pascua Toro - corrida
Wszyscy podekscytowani oczekują ulicznej corridy, Pascua Toro, czyli biegających po ulicach rozwścieczonych byków. Najpierw byliśmy trochę rozczarowani, bo ulicą przez w popłochu i krzyku rozstępujący się i uciekający tłum przejechał gauczo na koniu z biegnącym za nim na długiej linie bykiem. Ci sami, którzy sekundy wcześniej się rozstępowali teraz w bezpiecznej odległości biegli za bykiem. Ta z pozoru niewinna zabawa zaczęła wyglądać inaczej, gdy niby niewielki i spokojny byczek pokazał swoja siłę i złość. Dogonił gaucza, przewrócił jego konia i poważnie go rozharatał. Następnie biegał rozwścieczony bez żadnej kontroli w przerażonym tłumie, a co odważniejsi probowali go opanować. Koń nie przeżył tej zabawy, a jednego rannego delikwenta strażacy wynieśli do karetki. My mieliśmy farta, bo akurat jako nielicznym udało nam się dostać na pobliski krużganek na pierwszym piętrze i wszystko wydarzyło się, gdy właśnie wyjąłem aparat i chciałem zrobić zdjęcia imprezy z góry.
Tradycja tej zabawy swoje początki ma bardzo szlachetne. Biednej lokalnej społeczności nie było stać na świąteczną mięsną ucztę po poście. Bogatsi, posiadający bydło, przeganiali w ten sposób byki przez miasto, żeby ostatecznie na placu je zabić i rozdawać mięso potrzebującym.
Wystrzałowa Wielka Sobota
Imprezy, tańce i spontaniczne parady z orkiestrami rozpoczęły sie ponownie po zmroku. Na całym placu powstały też wysokie na kilka metrów różne konstrukcje bambusowe. Były to wieże z przymocowanymi fajerwerkami. O 22 wystrzelona została pierwsza seria fajerwerków i potem systematycznie do rana puszczane były sztucznie ognie. Był to nie tylko element zabawy, ale również radosny zwiastun zmartwychwstania Chrystusa. Teraz wielu nie wystarczały już browarki i coraz więcej osób widać było z butelczyną mocniejszych trunków i kieliszkami. W sumie swojsko, podobnie jak u nas. Z czasem też coraz więcej mężczyzn zalegało krawężniki z głowami spuszczonymi. Ale pomimo dużej ilości alkoholu i tłumu, było bardzo spokojnie. Nie widzieliśmy ani jednego incydentu zakłócającego porządek.
Resurekcja
I taka fiesta trwała do 4 rano w niedzielę, kiedy to rozpoczęte zostały obchody Domingo de Resurrección, zmartwychwstania Jezusa w Wielką Niedzielę. Najpierw w katedrze odprawiona została msza, a potem, jeszcze przed świtem ruszyła kolejna procesja, już ostatnia. Z kościoła kilkudziesięciu mężczyzn wyniosło ogromną piramidę z zapalonymi setkami świeczek. Na jej szczycie umieszczona była figurka zmartwychwstałego Jezusa. Co kilkadziesiąt metrów, tuż przed czołem procesji wybuchały radosne (i raczej średnio bezpieczne) fajerwerki. Dookoła słychać było okrzyki wiwatujących ludzi „Viva Jesus!” Procesja wróciła do katedry i obchody wielkanocne zostały zakończone mszą o świcie w języku Quechua. A następnie wszyscy rozeszli się do łóżek.
Nie ma w Peru tradycji dzielenia sie jajkiem, ani Lanego Poniedziałku jak w Polsce. Ale choć nie będziemy mokrzy w tym roku, to warto było tu przyjechać.
Wielkanoc 2008
PS. Po 10 miesiącach na prażącym słońcu w tropikach, na jachcie na morzu i wysoko w górach, myślałem, że już nie można się zjarać. Tymczasem po kilkugodzinnej drodze krzyżowej, schodzi mi skóra z twarzy. Za jakie grzechy...? ;)
Zobacz zdjęcia z niesamowitej drogi krzyzowej i procesji
kliknij tutaj
Zobacz zdjęcia z ulicznej corridy i fiesty swiatecznej
kliknij tutaj
Przeczytaj pierwsza relacje z Peru
kliknij tutaj