top o serwisie o nas nasza podroz kontakt newsletter strona glowna www.honeymoonstory.net www.podrozposlubna.com
Relacje Moni i przybysza
Przyszła polska jesien, na razie nie złota niestety. My 4 miesiące w domu jesteśmy. I co?
Zdjęcia moni i przybysza
Zdjecia Moni i Przybysza Etap trasy / Galeria zdjęć:



KategorieWybierz kraj:



Jesteś
niezalogowany/a
Zaloguj

Poznaj relacje użytkowników
Relacje Moni i Przybysza
Nasze początki w Peru
Peru, znowu podróżowanie jakie najbardziej lubimy
Po 2,5 miesiąca podróżowania po Argentynie i Chile jesteśmy w Peru. Ktoś zapytał na, ile kilometrów przejechaliśmy juz po Ameryce Południowej. Strzelamy, że co najmniej 9 tysięcy i setki godzin w autobusach. Oczywiście jak tu przylecieliśmy, to plan był inny. Myśleliśmy, że spędzimy w Argentynie jakieś 3 tygodnie, a do Chile w ogóle mieliśmy nie jechać. Mieliśmy jechać do Boliwii, do której pewnie nie pojedziemy. Jesteśmy w Peru, w którym miało nas nie być. Ale nasze plany już takie są, że zawsze wychodzi inaczej. I to jest piękno tej podróży :)!

Bardzo lubimy Chile i Argentynę, mili ludzie i przepiękna przyroda. Ale... no właśnie, czegoś cały czas nam brakowało. To tak naprawdę bardzo cywilizowane kraje i często czuliśmy się jak w Europie. Duże miasta tutaj są teraz bardziej europejskie niż Paryż czy Londyn. Właściwie nie widać rodowitych Indian, tylko sami biali imigranci z Europy. Nierzadko mieliśmy wrażenie, że nasza Polska to zaścianek. Brakowało nam egzotyki, znacząco innej kultury, trochę brudu (oczywiście jest tu spora bieda, ale nie jest bardzo widoczna). Wjechaliśmy do Peru i od razu było inaczej. Mimo, że od lat wyobrażałem sobie Peru jako kraj bardzo turystyczny i jakoś w inne miejsca ciągnęło mnie bardziej, to wygląda na to, że bardzo się myliłem. Po przekroczeniu granicy od razu poczuliśmy się lepiej. Wszystko mniej zorganizowane, chaotyczne, wszędzie przekupki, handlarze, stragany z jedzeniem, są Indianie tradycyjnie ubrani i oczywiście zjawisko nieuniknione i smutne - bieda.

Znowu podróżowanie, które lubimy. Znowu musimy uczyć się nowego kraju. Nowa waluta, nowy przelicznik, nieco inne poruszanie się. I najważniejsze - nowe jedzenie, bo co to są tamale, cau cau, lomo saltado, chicharrones de pescado i dlaczego menu to nie nie jest karta dań. Tamale, to masa z kukurydzy nadziewana mięsem i fasolą. Cau cau to właściwie bardzo nasze danie, taki gulasz z ziemniakami w sosie podawany z ryżem. Lomo saltado to smażone kawałki wołowiny z cebulą i pomidorami, a chicharrones de pescado, to moje ulubione kawałki - świeżej ryby smażone w panierce. Menu to zestaw obiadowy, po prostu danie dnia, najtańszy obiad, a karta dań nazywa się la carta.

Pierwszy przystanek - Nazca
Naszym pierwszym przystankiem w Peru jest Nazca. Wszyscy przyjeżdżają tu zobaczyć linie Nazca, czyli niesamowite, ogromne kształty na pustynnym płaskowyżu. Wyżłobione w piaszczysto-kamienistym podłożu linie układają się w różne kształty – kosmonautę, kondora, małpę. Nie wiadomo jak i dokładnie kiedy (chyba ponad 1500 lat temu) ludzie Nazca je stworzyli. Są teorie, że to kosmici. Zobaczyć je można tylko z lotu ptaka. Polecieliśmy więc i my. To był najdzikszy nasz lot do tej pory w życiu. Mała Cesną rzucało w każda stronę, a pilot ostro przechylał maszynę na wszystkie strony, żebyśmy lepiej widzieli (choć turysta siedzący za mną miał cały czas zamknięte oczy). Było co oglądać, ale jak tu będziecie, to nie jedzcie śniadania przed lotem.

Nazca to niewielkie, sympatyczne, typowe miasteczko peruwiańskie. W sezonie na pewno bardzo dużo tu turystów, ale teraz jest spokojnie. Dziwne, że lokalsi kilka razy mówili nam, żebyśmy poruszali się tylko po dwóch głównych ulicach. Nawet pani w sklepie zapytana o bankomat wskazała jeden na następnej ulicy, ale od razu dodała, żebyśmy tam nie szli. Ludzie tam są źli i lepiej pójść kawałek dalej na głównej ulicy. Woleliśmy nie sprawdzać, o co jej chodziło...

Prawdziwe życie na skrzyżowaniu
Na głównym skrzyżowaniu w okolicy przystanków autobusowych i biur firm przewozowych życie toczy się swoim tempem, szczególnie późnym popołudniem, po zmroku. Naganiacze nawołują do kupowania biletów. Kierowcy starych, wielkich amerykańskich krążowników próbują zebrać 5 pasażerów na przejazd do kolejnego miasta. Są też oczywiście stragany z jedzeniem. Drugi wieczór z rzędu jemy u tej samej Pani. Pani ma bardzo prosty stragan, ale jest frytkownica i panel do smażenia. Za 3 sole, czyi 2,4 złotego, dostajemy świeżo usmażonego kurczaka z frytkami, ryżem i odrobiną sałatki. To prawdopodobnie najpopularniejsze danie w Peru. Jak poprosiłem o frytki dobrze przysmażone, to Pani z panem przy sąsiednim stoliku żartowali sobie, czy wolę białe czy czarne. Nie jestem pewien czy mieli na myśli frytki czy dziewczyny. Powiedziałem, że brązowe, ale chyba nie zrozumieli. ;)

Przy tym straganie pracują z Panią jeszcze dwie inne osoby. Druga pani cały czas obiera ziemniaki. Powolutku, bez pośpiechu. Dziewczynka, może sześcioletnia, może ośmio, kroi ziemniaki w paski, na frytki. Tnie małym nożykiem, nie patrząc na ręce. Patrzy na mnie. Próbuję się uśmiechać, mrugać okiem, kiwać głową. Ale Dziewczynka bez drgnięcia okiem dalej po prostu kroi ziemniaki. Chciałem porobić jakieś głupie miny, ale zauważyłem, że Pani z panem patrzą na mnie.

Uwielbiam obserwować takie lokalne życie. To dziesiąty miesiąc w podróży i wcale mi sie nie znudziło. Obok naszej Pani z frytkami i kurczakiem stoi Pan ze straganem zamontowanym na rowerze. Pan sprzedaje herbatę. Ale pomimo, ze Pan jest dość obdarty i brudny, to z jakim wielkim namaszczeniem przygotowuje tą herbatę. Ma dwa czajniki, przelewa z jednego do drugiego. Zanim poda herbatę, to na życzenie trochę ją studzi. Przelewa tak jak moja 96 letnia prababcia ze szklanki do kubka metalowego i z powrotem. Pan ma też cztery butelki z jakimiś kolorowymi płynami, czerwonym, zielonymi i jeszcze jakimiś innymi. Zauważam, że zanim wleje do szklanki gorącą herbatę, to wlewa odrobinę tych płynów. Ale nie zawsze używa wszystkich. Nie wiem co to jest, trzeba będzie spróbować. Pan nie jest najczystszy, stragan też, a do mycia szklanek są dwa niewielkie wiaderka z wodą, również zapewne już nie najczystszą. Ale to nie przeszkadza Panu dokładnie, powoli umyć każdej ze szklanek. Pan sprzedaje też oczywiście herbatę na wynos. Najpierw ją studzi, żeby potem wlać do torebki śniadaniowej i zawiązać supełek. A za Panem stoi dwóch chłopaków, którzy z wielkich koszy na rowerach sprzedają bułki.

Takich straganów jest dookoła kilkanaście. A po drodze przejeżdżają ciężarówki z przyczepami, autobusy i mnóstwo taksówek, głównie, żółtych, poobijanych, wysłużonych Daewoo Tico. Z naszymi plecakami ledwo się mieścimy do nich. Każdy taksówkarz opowiada nam jaki to dobry samochód. Każdemu kierowcy opowiadam, że to samochód koreański, ale produkowany w Polsce, w naszej Warszawie.

Taka jest Nazca. I podobna pewnie będzie większość zatłoczonych skrzyżowań w miasteczkach peruwiańskich.

Temat jak najbardziej turystyczny...
Dojechaliśmy do Ayacucho na świeta. Ale o tym będzie w kolejnej relacji. Teraz pochwalę się swoim osiągnięciem. W sumie jestem z niego dumny, bo to dość wyjątkowe osiągnięcie. Podsumowując poprzednią podróż i tą - jestem w drodze 15 miesięcy. I przez ten czas nie miałem ani razu najczęstszej dolegliwości turysty – sensacji żołądkowych, zatrucia pokarmowego, rozwolnienia i wymiotów, sra... i rzyga... nazwijcie, to jak chcecie. Nie wiemy jak to nam się udało, ale Monia też się uchroniła. Jemy i pijemy gdzie popadnie, w barach na ulicy, na straganach, na dworcach.

Aż do tej pory, kiedy w końcu coś mnie złapało. Ale i to sie nie liczy, bo po sensacjach jednej nocy następnego dnia (choć na diecie, ale to był Wielki Piątek, więc i tak należało trzymać ścisły post) biegałem jak szalony z aparatem w słońcu w i po górach i zrobiłem prawie 1000 zdjęć. Często turystów łapie takie zatrucie, że przez kilka dni nie wstają z łóżka, chyba że do kibla (jak zdążą). Ale to pewnie jeszcze wszystko przed nami. Bo tak jak uczeń bez dwói, tak samo turysta bez sraczki, to jak żołnierz bez karabinu.

Kogo spotykamy, kto podróżuje?
Często zadawane pytanie – kogo, jakie narodowości głównie spotykamy podróżując. Codziennie też bawimy się z odgadywanie, skąd są poszczególne osoby. Wiec jak to jest?

Najpierw próbujemy zgadywać po wyglądzie, ubraniu, markach, plecakach. Tu z naszą skutecznością jest różnie. Najłatwiej w ten sposób poznać Izraelczyków, szczególnie, że mają plecaki z takimi samymi pokrowcami. Czasem udaje się rozpoznać Anglików, Holendrów, Francuzów, Skandynawów i Amerykanów.

Gdy usłyszymy kilka słów w ich języku, to już w większości wszystko staje sie jasne. Problem jest z Belgami (francuskojęzycznych mylimy z Francuzami, a Flamandczyków z Holendrami), Kanadyjczykami (bo mogą być też Amerykanami). Trudno jest też odróżnić niemieckojęzycznych Austriaków, Szwajcarów i Niemców. Oczywiście problem jest z nami Słowianami. My odróżniamy Węgrów, Czechów czy Rosjan. Ale inni turyści mają z tym problem. Nas Polaków prawie nigdy nie rozpoznają, ale też bardzo rzadko spotykają. Jeżeli w ogóle próbują, to najczęściej biorą nas za Rosjan.

Kogo więc spotykamy najczęściej? Są pewne różnice w zależności, w którym rejonie świata. Ale bezwzględnie najczęściej spotyka się Anglików, Holendrów, coraz więcej Niemców i Skandynawów. Są wybrane miejsca, jak np. południowa Patagonia, gdzie jest dużo Amerykanów i Francuzów. I Izraelczycy, oni są w każdym turystycznym miejscu. Im poświęcę kilka zdań dalej, bo to temat (jak zawsze) kontrowersyjny. Są jeszcze różnice w wieku. Na przykład młodych Anglików na bardzo dla nich popularnym tak zwanym gap year (czyli w przerwie po liceum lub podczas studiów), spotyka się głównie w Australii, Nowej Zelandii, Tajlandii i na Fidżi. Idą trochę na łatwiznę, bo tam im łatwo się dogadać, zresztą i tak głównie imprezują.

Tamci
Kilka słów o Izraelczykach. Żeby nie mówić o nich Izraelczycy, bo wtedy rozumieją, że o nich mowa i Żydzi, bo to w polskim języku słowo, które nabrało niestety negatywnego znaczenia (i też mogą rozumieć), nazywamy sobie ich neutralnie – „Tamci”.

Podróżujący Izraelczycy są prawie zawsze bardzo młodzi, prosto z wojska (dziewczyny po 2 latach, a kolesie po 3). W większości podróżują w grupach. I co w tym złego? W sumie nic. Ale w wielu miejscach na świecie, przede wszystkim w Tajlandii i Indiach są duże kartki w hostelach, że Izraelczyków nie przyjmują. Wielu lokalsów za nimi nie przepada i wielu podróżujących też woli ich unikać. Nie wynika to na pewno z uprzedzeń, rasizmu czy antysemityzmu. Kogo jak kogo, ale otwartych turystów podróżujących po świecie o to posądzić nie można. Zresztą nawet najbardziej powszechne na świecie przewodniki Lonely Planet niejednokrotnie, delikatnie wypowiadają sie o nich negatywnie. Nawet spotkani przez nas starsi Izraelczycy unikają swoich rodaków na szlaku.

Amitaj, trzydziestoletni Izraelczyk, z którym spędziliśmy kilka dni tak to tłumaczył – też taki byłem w swojej podróży po Indiach po armii. Teraz tego nie lubię. Są młodzi, po różnych przeżyciach w wojsku, w większości chcą odreagować. Są w grupie, głośni, dość zamknięci, nie próbują zrozumieć lokalnych kultur, szukają imprez i rozrywki.

Tak to wygląda. Ale spotkany przez nas niejednokrotnie indywidualnie Izraelczyk, nie w grupie, praktycznie bez wyjątku jest bardzo miły, otwarty, pomocny i rozmowny. Dziwne... To, co powyżej, napisałem o tamtych kilka dni temu. Ale wydarzenia dzisiejszego wieczoru zmuszają mnie do rozwinięcia tematu. Przyjechaliśmy do małego pueblo, pięknie położonego w górach, nad jeziorem na Carretera Autral. Straszne zadupie i trudno tu dojechać. Sami lokalsi, których mieszka tu 300 są przemili i mówią, że mieszka się tu bardzo spokojnie i cicho.

Do tego pueblo minibusikiem przyjechała z nami parka Izraelczyków, bardzo sympatycznych, kiepsko mówiących po hiszpańsku, ale próbujących. I nie mogli znaleźć noclegu. Nas miło przyjęli w pierwszym hospedaje (kwaterze prywatnej), a ich nie chcieli ani tu, ani w kolejnym. Monia chodziła z nimi po wiosce i pomagała się dogadać. Ja w tym czasie siedziałem przy gorącym piecu węglowym z dwoma starszymi gospodyniami i gaworzyłem. I te sympatyczne panie opowiadały mi, dlaczego nie chcą Izraelczyków u siebie na kwaterach (bez wdawania się w szczegóły – nie płacą, niszczą i są niemili).

Monia w tym czasie chodząc po miasteczku z tą parką, doświadczyła takiego zachowania. Oczywiście nie od tej parki, bo ci cierpią przez swoich rodaków. Ale spotkali grupkę innych tamtych, którym popsuł się samochód i szukali mechanika. Jak dowiedzieli się w czym jest problem, to najpierw mieli pretensję do Moni. Potem, gdy dowiedzieli sie, że Monia mówi po hiszpańsku, to zamiast być normalnie miłym, wymagali czy też rozkazali Moni, żeby pomogła im znaleźć mechanika. Pewnie jak już znajdą tego mechanika, to podobnie będą zachowywali się w stosunku do niego. A prosty mechanik ze wsi wtedy pokaże im jak chilijski odpowiednik gestu Kozakiewicza.

Najgorsze jest to, że Izraelczycy opowiadają potem, że ich nie lubią, że rasiści, czy antysemici. Oni nie rozumieją, że to nie ma z tym nic wspólnego. Że to ich, młodych zachowanie, a nie uprzedzenia kulturowe, są powodem takiej sytuacji. Dodam jeszcze, że widziałem w Indiach w hotelu pokój przed sprzątaniem, który opuścili Tamci. Bez szczegółów, syf w tym pokoju zwieńczały kiepy poprzyklejane do sufitu. Koniec tematu.

Połowa marca 2008


Zobacz zdjęcia z Nazca
kliknij tutaj

Przeczytaj relacje z Chile
kliknij tutaj