top o serwisie o nas nasza podroz kontakt newsletter strona glowna www.honeymoonstory.net www.podrozposlubna.com
Relacje Moni i przybysza
O Inkach w Machu Picchu i Urosach na pływających wyspach
O tym jak zmienia się Peru i jak dojechaliśmy do dżungli amazońskiej

Teraz na poczatku lipca:
Od miesiaca jestesmy juz w domu, a od trzech tygodni w pracy. Jest fajnie, jest inaczej, na razie nie skomentujemy tego wiecej...
Zdjęcia moni i przybysza
Zdjecia Moni i Przybysza Etap trasy / Galeria zdjęć:



KategorieWybierz kraj:



Jesteś
niezalogowany/a
Zaloguj

Poznaj relacje użytkowników
Relacje Moni i Przybysza
Medytacja w klszatorze buddyjskim Suan Mokkh w Tajlandii
Jesli nie interesuje Cie, dlaczego poszedlem medytowac do klasztoru buddyjskiego i jak to wyglada, to lepiej nie czytaj tej relacji. Jest ona prawdopodobnie dluga i nudna jak pobyt w klasztorze i medytowanie. Ale, zeby choc troche zrozumiec medytacje, trzeba wytrwac. I wtedy jest to super przezycie. Moze wiec i relacje doczytasz do konca i bedzie ona ciekawa?

Pierwsza poranna romantyczna medytacja
Jestem tu juz drugi dzien. Drugi z dwunastu. Teoretycznie ma to byc dziesieciodniowa medytacja, ale zaczyna sie dzien wczesniej i konczy dzien pozniej, wiec w praktyce to 12 dni. Wstalismy o 4 rano. Po przeplukaniu twarzy zimna woda dla orzezwienia, przeszedlem przy swietle swiec do sali medytacji na pierwsza medytacje. Sala medytacji to tak na prawde tylko zadaszony niewielki teren na zewnatrz z piachem na podlodze. Kazdy ma swoje miejsce z mata z bambusa i dwoma poduszkami. Siedzimy w rzedach przy swietle swiec na rogach sali. Mezczyzni po lewej, a kobiety po prawej. Na zewnatrz jest bardzo ciemno, wieje przyjemny wiaterek i slychac tylko spiew ptakow oraz granie cykad. Wlasciwie to jest calkiem romantycznie. Ale to nie randka i zamiast flirtowac, probujemy wszyscy medytowac. Oczywiscie z miernym efektem na razie. Dzien zaczyna sie od jakiegos czytania buddyjskiego, o dziwo w ogole nie religijnym, a bardzo zyciowym. Czas dluzy mi sie cholernie i w glowie tysiac mysli... Co ja wlasciwie tu robie? Po co mi to? Czy bedzie fajnie i czy ta medytacja to nie jakas bzdura? Czy bede cholernie glodny, czy tylko troche glodny? Itd. 45 minut pierwszych prob medytacji dluzy mi sie niemilosiernie. Bola plecy, kolana i tylek. W koncu jest upragniony dzwiek dzwoneczka, ktory konczy kazde zajecia. Wszyscy wstajemy i idziemy na joge. Kobiety do jednej sali, a faceci do drugiej. Cwiczymy o wschodzie slonca ponad godzine, zeby jeszcze przed sniadaniem znowu wrocic do sali medytacji. I tak bedzie codziennie.

Wszystko co moze dekoncentrowac zakazane
Wlasciwie nie powinienem nawet pisac. Nie rozmawiamy ze soba, nie czytamy, nie sluchamy muzyki, w nic nie gramy, nie mamy kontaktu ze swiatem. Chodzi o to, zeby nie robic nic, co moze zaprzatac nam glowe i wzbudzac emocje. Mamy sie wyciszyc i pozbyc jakichkolwiek mysli. Mamy nie miec zadnej ucieczki przed samym soba, przed wlasnymi myslami, przed nuda - w ksiazke, muzyke czy rozmowe. Oddalismy do depozytu aparaty, mp3 playery, ksiazki, itd., zeby nie bylo pokusy.

Zarcie a raczej jego brak
Sniadanie jest o 8 rano. Nawet nie jestem glodny, ale przyznam, ze mialem jeszcze ciastko, ktore zjadlem wieczorem pierwszego dnia. Mam tez 15 snickersow i 5 twixow, ale postaram sie tego nie ruszyc. A po co mi to? Na sniadanie byla zupa ryzowa, troche warzyw i banany. Na szczescie moje ulubione banany, takie krotkie, grube i troche kwaskowe. Obiad wegetarianski bedzie dopiero o 12:30, a potem do nastepnego sniadania nic. Ma byc goraca herbata o 18, ale to tak jak nic. Batoniki sa wiec na czarna godzine, jakbym juz umieral z glodu.

Rozklad dnia i cela
Zajecia przed obiadem, po obiedzie i wieczorem to przeplatanka pogadanek o technikach medytacji, buddyzmie i oczywiscie przede wszystkim prob i cwiczen roznego rodzaju medytacji. Mamy troche wolnego po obiedzie i herbatce popoludniowej. Kazdy ma tez swoja prace. Ja zamiatam jedna z sal, co jest przyjemnym odprezeniem i zajmuje nude czasu wolnego. Wszyscy w wolnym czasie piora na potege, bo po prostu nie maja nic innego do roboty. Ja wole walnac sie na betonowa prycze w celi, patrzec i myslec. A wlasciwie to raczej nie myslec.


Wieczorna medytacja jest rownie romantyczna jak poranna. Szczegolnie grupowa medytacja chodzac. Chodzimy gesiego jeden za drugim wokol stawu z rybami. Wzdluz sciezki stoja swieczki, a w stawie odbijaja sie ksiezyc i gwiazdy. Czar pryska, gdy otwieram oczy i widze samych facetow, bo babki chodza dookola innego stawu.

Dlaczego wiec wlasciwie tu jestem?
Trzeci dzien, w pol do dziewiatej, a ja juz 4,5 godz. na nogach. Zaczalem wolno chodzic. Normalnie, nawet gdy sie nigdzie nie spiesze, to sie spiesze i chodze szybko. Po co? Tutaj juz zupelnie nie ma powodu. Chodze wiec wolno, niemal stopkami. Poza tym staram sie medytowac chodzac. Poradzilem sobie juz z bolem kolana podczas medytacji. Siedze na takim malym stoleczku zamiast po turecku na piachu (bo o pozycji kwiata lotosu to nie ma w ogole o czym mowic). Ale z bolem plecow trudno sobie poradzic. My, biali ludzie z tzw. Zachodu, nie jestesmy przyzwyczajeni do siedzenia bez oparcia, nie garbiac sie. Cwicze, rozciagam sie, ale plecy i tak bola. Wszystkich, nie tylko mnie. Ide zaraz do naturalnego, goracego zrodla, ktore stanowi glowna atrakcje tego "osrodka wypoczynkowego". Normalnie nie lubie goracej wody, ale teraz moze pomoc.

Dlaczego wiec tu jestem?
Powodow pewnie jest wiele, ale zeby nie zwariowac i upewnic sie, ze dobrze robie bedac tutaj, wypunktowalem je sobie:

1. Czysta ciekawosc.
2. Chec sprawdzenia sie i zdobycie nowego doswiadczenia.
3. Zawsze chcialem zrozumiec o co chodzi w tej mistycznej medytacji.
4. Poznac kulture buddyjska i zycie mnicha.
5. Haslem naszej podrozy jest "GO SLOW", czyli zycie przeciwne do tego w domu. Chcemy poznawac i doswiadczac bez problemow i codziennych trosk. Pomyslalem sobie, ze ta medytacja fajnie zamyka pierwszy etap naszej podrozy, pacyficzno - azjatycki etap.
6. Byc moze naucze sie nowego sposobu na odstresowanie, uspokojenie, bezsennosc.

Zobaczymy jak to bedzie... Dopiero poczatek trzeciego dnia.

Jak tu pieknie i cicho
Klasztor Suan Mokkh to jeden z najslynniejszych klasztorow buddyjskich w Tajlandii. Jego zalozyciel Buddhadasa Bhikkhu zdobyl slawe i prestiz wsrod wyznawcow buddyzmu dosc rewolucyjnymi teoriami. Jego nauki wywarly duzy wplyw na spoleczenstwo tajskie, chodzi o ekologie umyslu i socjalizm dhammiczny (wiecej dla zainteresowanych w polskiej wikipedii). Obok klasztoru dwadziescia kilka lat temu wybudowal ten osrodek medytacji. To pieknie polozone miedzy palmami ciche miejsce, ktore na prawde sprzyja medytacji i zapomnieniu o bozym swiecie. Sama nazwa Suan Mokkh znaczy ogrod wyzwolenia. Jest kilka prostych mniejszych i wiekszych sal do medytacji, stolowka oraz dwa budynki z celami, oddzielnie dla mezczyzn i kobiet. Jest tez dzwonnica, bo dzwiek dzwona budzi nas codziennie o czwartej rano, a potem wzywa na kolejne zajecia. Wszystko bardzo proste, wrecz prymitywne, ale czysciutkie.

Pierwszy raz oddalem do depozytu swoje najwieksze skarby, z ktorymi nigdzie sie nie rozstaje - czyli z aparatem, kartami pamieci, mini komputerem kieszonkowym, kartami kredytowymi oraz paszportem. Moge wiec beztrosko chodzic bez niczego, a to niezla ulga po pol roku podrozy. Jedyna rzecza, ktora mi zostala to obraczka, ktora pierwszy raz od slubu nosze codziennie i nawet z nia spie. Caly czas tez sie nia bawie. W sumie nie mam nic innego do roboty. Najnowszy trik, to zarzucanie obraczki na nos bez uzycia rak :).

Starczy?
Dopiero polowa trzeciego dnia, a ja juz sie zastanawiam, czy jest sens tu jeszcze byc? Czesc punktow z listy powyzej juz zrealizowalem. Na pewno punkty 1, 4 i 5. Wlasnie, jezeli chodzi o punkt piaty - tutaj jest az za wolno. Nie wiem czy to ma sens i czy mi sie po prostu chce. Punkt 2 - doswiadczenie juz jest. A sprawdzac sie tu, jak sie okazalo, nie bardzo mam w czym. Wszyscy mowili, ze bedzie ciezko, a dla mnie nie bardzo jest. Balem sie glodu, a glodny nie jestem. Warunki sa w sumie lepsze niz w wielu hotelach, w ktorych spalismy. A dyscyplina i program dnia jest latwiejszy niz na jachcie na oceanie. Myslalem, ze bedzie to wieksze wyzwanie.

Pozostaly punkty 3 i 6. Coz, technike medytacji poznalem. Ale czy zrozumialem i bede chcial oraz umial stosowac ja w domu? Mowia, ze wlasnie trzeba tu dlugo byc, musi byc nudno i ma sie dluzyc, zeby sie wylaczyc ze swiata zewnetrznego. Ale nie ma zadnej gwarancji, czy jak zostane do konca, to zrozumiem cos wiecej. Bo mowia tez, ze trzeba cwiczyc latami, zeby miec prawdziwe efekty. Tak czy inaczej postanowilem, ze nie wyjde wczesniej niz 5-tego dnia po sniadaniu. A wiec o co chodzi w tej medytacji? To moze napisze jutro, moze cos jeszcze wiecej bede wiedzial. A teraz poloze sie i pokontempluje, nic innego nie mam do roboty. A to bardzo ciekawe i pochlaniajace zajecie :).

Pierwsze osoby opuscily to miejsce dzis rano. Widac to po pustych matach podczas medytacji. Jedna z nich byl akurat chlopak, Kanadyjczyk, z ktorym przyjechalem tu tym samym pociagiem nocnym z Bangkoku i spedzilem dzien 1. Mowil, ze od dawna chcial to zrobic. Myslal o kolejnej medytacji pozniej na polnocy Tajlandii, ktora mialaby trwac miesiac. Moze dla niektorych jednak jest tu ciezko, bo chodzil poddenerwowany. Wyglada, ze po prostu wymiekl niewiele wynoszac z tego doswiadczenia. Moze poza tym, ze nigdy wiecej medytacji.

To o co w tym wszystkim w koncu chodzi?
Nic nie robic... Lenic sie...?

Nie bede jednak opisywal, jak sie medytuje. Sama technike mozna ujac w kilku slowach. Ale wtedy wydaje sie to dziecinnie proste, wrecz smieszne, jesli sie tego nie doswiadczylo. A jest to trudne i tak na prawde skomplikowane. I sa cale ksiazki o tym, choc i tak to tylko teoria. A praktyka... Nic nie robienie, a jednak... Generalnie chodzi o cwczenie umyslu, o kontrole wlasnych mysli. Tak wlasciwie polega ona na tym, ze mamy nic nie robic i o niczym nie myslec, tylko medytowac, byc. A to wbrew pozorom wymaga ogromnej koncentracji i wysilku. W pewnym sensie nie tylko umyslowego, ale rowniez wysilku fizycznego. Chyba nic nie wyjasnilem...

Sam probuje medytowac caly czas. Ale moj umysl, moje mysli ciagle gdzies uciekaja. Bylem z Monia na polnocy Tajlandii, w domu w Warszawie, z przyjaciolmi i z ich nowonarodzonymi dziecmi, itd., wszedzie bylem myslami... A mam nie byc nigdzie, nawet tu gdzie jestem. Ale mnisi mowia, zebysmy sie nie przejmowali, ze nam nie wychodzi, bo w koncu nasz umysl jest stworzony, zeby caly czas myslal. I dlatego to jest takie trudne.

Dzis jeden z mnichow fajnie ujal i porownal co to znaczy medytowac. Medytujac trzeba byc jak pajak, a nie jak spiderman (be like a spider, not like a spiderman). To na prawde dobre i zrozumiale porownanie, choc pewnie Wam nic teraz nie mowi.

Oboz koncentracyjny
To jest w pewnym sensie doslownie oboz koncentracyjny... Nie, nie mam na mysli niewielkiej ilosci marnego jedzenia, betonowego lozka, czy porannego wstawania. Nawet nie gloduje i nie ruszylem ani jednego snickersa ani twixa. Spie swietnie, a te poranki z medytacja przed wschodem i joga o wschodzie slona, sa moim ulubionym czasem tutaj.

Mam na mysli koncetracje. Caly czas koncentrujemy sie. Glowny wysilek to koncetracja. Rozwoj umyslu, jak to mowia mnisi. Koncetracja podczas medytacji. Po prostu oboz koncentracyjny.

Rejs 3
Choc z zewnatrz to bardziej przypomina zamkniety osrodek dla umyslowo chorych. Wyobraz sobie, ze to jest zamkniety teren i nikt nie wychodzi. Wszyscy snuja sie zapatrzeni metnym wzrokiem gdzies w dal. Jedza, grzecznie siedzac, bez slowa z takim samym wzrokiem. Nikt sie nie odzywa. Czasem wszyscy siedza w rzadkach, bez ruchu, z zamknietymi oczami (to podczas medytacji siedzacej). Innym razem kazdy smiesznie chodzi jakby w zwolnionym tempie, kazdy w innym kierunku (to indywidualna medytacja chodzac). Niekiedy wszyscy chodza razem w kolku, jeden za drugim gesiego, po malu, bez slowa (to grupowa medytacja chodzac). Raz na dzien siedzimy i spiewamy cos w dziwnym niezrozumialym jezyku (medytacja przez chanting w starym, nieuzywanym jezyku Buddy - pali). Wiele osob chodzi owinietych w sarongi, jakby w kaftanie bezpieczenstwa. W sumie niezly fun. Moznaby nakrecic Seksmisje 2 lub Rejs 3! :)

Jacy ludzie tu przyjezdzaja
Jest tu razem ze mna ponad sto osob z calego swiata. Mysle, ze jedna trzecia to tacy troche przypadkowi, ciekawi tego co tu bedzie turysci jak ja. Kolejne trzecia grupa osob to chyba juz fanatycy medytacji. Co najmniej dziwni. Pozostalych nie umiem scharakteryzowac. Jest nieco wiecej mezczyzn. Wiek od 20 do 70. Dziwna mieszanka. Ale to wszystko tylko obserwacje wygladu i zachowania, bo przeciez nie rozmawiamy ze soba.

Zgodnie z buddyjskim podejsciem mamy nic nie zabijac, nawet mrowek i komarow. Oczywiscie komary tluke bez opamietania. Ale smieszne to jest, gdy niektorzy tak sie wkrecili, ze przenosza dzdzownice ze sciezek, zeby przypadkiem nikt ich nie zdeptal. Jest tu mnostow pajakow, skorpionow i sporadycznie weze, ale ponoc wszystko to w miare bezpeczne. Choc nie bardzo przyjemne.

Wyjsc albo nie wyjsc... Oto jest pytanie
Dzis dzien 5. Postanowilem juz, ze wychodze. Poznalem juz podstawowa technike medytacji. Nie mowie, ze umiem medytowac, ale teraz to juz kwestia cwiczenia, czyli medytowania i medytowania. Liznalem joge oraz Tai chi. I bardzo mi sie podoba. Wyciszylem sie, choc akurat tego nie tak bardzo potrzebuje. Mowia, ze to piekne i zaciszne miejsce i gdzie ja takie znajde na swiecie, zeby zaznac spokoju. To prawda, ale przez ostatnie pol roku, takich cichych i spokojnych miejsc oraz czasu mielismy z Monia az nadto.

Wlasnie - z Monia... Przez pol roku, od slubu, bylismy z Monia non stop razem. Nie rozstalismy sie ani razu na dluzej niz godzine. I bylo super. Teraz piata dobe nie widzimy sie, nie slyszymy sie. Tesknie za moja zona bardzo. I martwie sie.

Zaczeli tez za duzo opowiadac o buddyzmie. Teraz ucza nas o kolejnych krokach medytacji. O osiaganiu nirvany i o tym, jak to Budda zrobil. Tego juz za duzo. Ja juz dostalem tu to, co chcialem.

Poszedlem do glownej zakonnicy (tak, bo sa mnisi, ci slynni na pomaranczowo i siostry, o ktorych sie nie mowi, ubieraja sie na bialo i gola glowy), a ona przekonala mnie, zebym jeszcze zostal choc jeden dzien, bo zaczalem medytowac, a to za malo. Zostalem wiec. I przyznaje, ze miala racje, bo od razu zrobilem spory postep w medytacji. Tak czy inaczej, wychodze jutro, dnia szostego.

I tak nie bardzo mam, co ze soba zrobic, jak wyjde. Dziewczyny sa na polnocy Tajlandii (dziewczyny, bo do Moni dolaczyla jej siostra Goska na dwa tygodnie), a ja na poludniu, gdzie mamy sie spotkac, jak wyjde. A to dwie noce pociagiem. Kurcze, wlasnie zdalem sobie sprawe, ze jestem troche zepsuty tym podrozowaniem, mowiac, ze nie mam co ze soba zrobic. Jestem w najslynniejszej, wyspiarskiej czesci Tajlandii, gdzie miliony osob przyjezdzaja na wakacje. Ale co ja poradze, ze nie lubie sie opalac, a doslownie setki pieknych, odleglych i pustych wysp w tym roku juz odwiedzilem. Poza tym na slynnych imprezach tajskich (np. Full moon party) nie chce mi sie imprezowac. JESTEM PRZECIEZ ZONATY... :)

Zakonczenie
Widze, ze dobrnelas / dobrnales do konca tej relacji, mimo, ze ja nie dotrwalem do konca medytacji ;) Jezeli spodziewalas/es sie przeczytac, jak sie medytuje, to przepraszam. Ale tego sie nie da tak w relacji opisac. Sprobuj sam w jakims centrum medytacji, niekoniecznie w Indiach czy Tajlandii. Warto! Duzo sie nauczylem i mam sporo nowych przemyslen. Bede probowal medytowac w domu. Mam nadzieje tylko, ze nie skonczy sie jedynie na codziennej, porannej medytacji dlubiac w nosie na swiatlach w korku po drodze do pracy...

Mozemy sie tez umowic, to opowiem wiecej. Ale przy piwku, miesie i lodach, a nie warzywach i wodzie. Byle przed 12, bo mnisi nie jedza miedzy poludniem, a zachodem slonca ;))

Pierwsza polowa grudnia 2007

PS 1. Urodziny krola
Jednym z powodow, ze wyszedlem akurat dzisiaj sa 80-te urodziny krola Tajlandii. Tajowie kochaja swojego krola, wiec w calym kraju wszedzie sa imprezy, parady. Tego nie moglem przepuscic, bo przeciez takie lokalne imprezy podczas podrozy to glowna atrakcja. Po wyjsciu z klasztoru dojechalem do pobliskiego miasteczka, gdzie wlasnie zaczynala sie impreza. Mialem farta, bo oprocz mnie widzialem jeszcze tylko 2 innych turystow. Wszyscy, doslownie wszyscy w miastach i we wioskach sa poubierani na zolto. Powod zadziwijacy, bo krol urodzil sie w poniedzialek, a poniedzialek to dzien zolty dla Tajow (a dzis jest sroda, chyba dzien zielony). Sa spiewy, przemowienia, wystepy, fajerwerki. W odroznieniu od swieta w Laosie nikt nie pije alkoholu.

PS 2. Jeszcze o jedzeniu
Jedzenie w klasztorze bylo slabe, malo i rzadko. Obiad to jeszcze byl w porzo, choc niektore potrawy niezrozumiale (np. na deser jakas fasola w slodzonym mleku sojowym). Ale sniadanie przypominalo mi to opisywane w kambodzanskej ksiazce o obozach podczas Czerwonych Khmerow - zupa ryzowa - nie polecam. Teraz, gdy dojechalem do miasteczka i zjadlem magnuma, ulubione pad thai (czyli oczywiscie smazone noodle) i zapilem browarkiem, to zdalem sobie sprawe, ze zjadlem te pysznosci jakby mimichodem. Szybko, bezmyslnie, nie delektujac sie. Po fakcie zdalem sobie sprawe, ze bylo dobre.

Tymczasem to jedzenie w klasztorze jadlem powoli, smakujac kazdy, srednio smaczny kes. I bylem zadowolony. A jedyny "posilek" miedzy poludniem, a 8 rano - czekolada na goraco (oprocz herbaty) - byla pyszna. Obiektywnie jej jakosc i smak mial sie nijak do najgorszej goracej czekolady, ktora normalnie bym konsumowal. Nie wiem jaki z tego moral. Ale cos tu jest nie tak. Tyle ludzi gloduje... Jeden student kanadyjski stwierdzil, ze normalnie w domu regularnie chodzil z przyjaciolmi na porzadny obiad do knajpy za 100 czy 200 dolcow. Teraz po podrozy do Azji, gdzie za kilka dolcow je sie jak krol, po zobaczeniu tylu biednych ludzi, ktorzy nie maja co jesc, po pobycie w klasztorze, nie bedzie juz tego w stanie robic. Ale pewnie wroci do siebie i szybko o tym zapomni. Ja pewnie niestety tez...

PS 3. I o tesknocie za zona i za mezem oraz podrozy poslubnej
Jak tylko wyszedlem z klasztoru, to tak bylismy stesknieni, ze Monia zlapala pierwszy mozliwy, tani samolot i przyleciala do mnie (Goska w tym czasie byla na treku na pln. Tajlandii i dolaczy do nas pozniej). Teraz leniuchujemy jak prawdziwi wakacyjni turysci na plazy slynnej (i zatloczonej) wyspy Phuket. A wlasciwie to jak prawdziwi nowozency podczas podrozy poslubnej ;)

PS 4. Jeszcze kilka slow o samym buddyzmie i medytacji
Jest wiele metod medytacji na swiecie. Najbardziej znana i popularna teraz to vipassana. Tutaj uczymy sie Anapanasati, co znaczy mniej wiecej uwazanie poprzez oddychanie (mindfulness through breathing). Vipassana stanowi czesc anapanasati. Mysle, ze podobny oboz, ale chrzescijanski wygladalby zupelnie inaczej. Tutaj nie ma zadnej modlitwy. Buddyzm, tak jak ja go zrozumialem, w swoich zalozeniach jest bardziej filozofia niz religia. Buddy sie nie czci. Nie ma tu zadnego boga. Chodzi o to, zeby podazac droga, ktora wyznaczyl Budda, zgodnie z jego naukami (zyl jakies 2500 lat temu). Byl pierwszym, ktory doszedl do stanu nirwany.

PS 5. Na koniec 8 zobowiazan, ktore obowiazuja tu w klasztorze i do ktorych sie zobowiazalem:
- Podejmuje sie tego treningu, zeby nie stracic zadnego oddechu.
- Podejmuje sie tego treningu, zeby nie zabierac, co nie jest dane.
- Podejmuje sie tego treningu, zeby powstrzymac moj umysl i moje cialo od jakiejkolwiek aktywnosci seksualnej
- Podejmuje sie tego treningu, zeby nie skrzywdzic innych swoimi slowami.
- Podejmuje sie tego treningu, zeby nie zaburzyc swojej swiadomosci substancjami, ktore prowadza do beztroski.
- Podejmuje sie tego treningu, zeby nie jesc od poludnia do wschodu slonca.
- Podejmuje sie tego treningu, zeby nie tanczyc, spiewac, grac, sluchac muzyki, nosic bizuterii i upiekszac sie kosmetykami oraz perfumami.
- Podejmuje sie tego treningu, zeby nie spac lub siedziec na luksusowych lozkach i fotelach.


Zobacz zdjecia z medytacji
Niestety nie moglem robic zdjec podczas medytacji. Zobacz zdjecia z relacji Nicka.
kliknij tutaj



Przeczytaj tez relacje z Laosu
Swietni wyluzowani ludzie, wspaniala przyroda, tradycyjne gorskie wioski, majestatyczny Mekong - perelka Azji Pld- Wsch
kliknij tutaj