Jesteś
niezalogowany/a
Laos
Laos stal sie najbardziej lubianym przez turystow krajem Azji Pld-Wsch, choc jeszcze na szczescie najmniej odwiedzanym. Powodem jest nie tylko piekna przyroda, ale przede wszystkim ludzie. Sa oni bardzo otwarci, spokojni, przyjazni i nic nie wymuszajacy na turystach. To jeden z kilku ostatnich komunistycznych krajow na swiecie. Ale ten komunizm w polaczeniu z charakterem ludzi i bardzo silna kultura buddyjska jest nieco inny, jakby mniej komunistyczny. Laos dopiero od kilkunastu lat otwiera sie na swiat. To takze moj ulubiony kraj, szczegolnie jego polnocna czesc - najbardziej gorzysta, najbardziej tradycyjna i najmniej turystyczna. Dlatego tak bardzo chcialem przyjechac tu jeszcze raz z Monia.
List
Fragmenty listu, ktory napisalem do Moni 2 lata temu:
"Wlasnie wrocilem z dwudniowego wypadu w dzungle do wiosek laotanskich. Jest parno i goraco, wiec leze wypompowany na hamaku na werandzie mojego bungalowu z widokiem na rzeke i zielone gory... Wczoraj spalem w bungalow obok malutkiej wioski w dzungli. Dookola tylko przerazajace i niezwykle dzwieki dzungli. Najpierw szedlem sam przez rzeki, bloto, pola ryzowe i dzungle, gubiac sciezke. Pozniej obserwowalem zycie w wiosce... Nie wiem jak to bedzie jak wroce - praca, codziennosc itd.... Pewnie kiedys znowu bede chcial rzucic wszystko i wyjechac przed siebie. I chcialbym, zebysmy zrobili to razem...(!)"
I byl slub 21 miesiecy pozniej. A teraz, 26 miesiecy po tym jak pisalem list powyzej, jestesmy razem dokladnie w tej samej wiosce Muang Ngoi, mojej ulubionej w calej Azji. Tego bungalowu z hamakiem, na ktorym lezalem piszac list, juz nie ma. Ale jest obok indentyczny i mamy dwa hamaki. Dzis wrocilismy z takiego samego treku, o ktorym pisalem w liscie, odwiedzilismy te same wioski, tych samych ludzi... :)
Podobnie jak ja sam 2 lata temu szlismy przez piekne pola ryzowe w dolinie otoczonej przez strome i zielone gory. Alez to wszystko teraz wyglada inaczej. Wtedy bylem we wrzesniu, czyli w srodku pory deszczowej. Pola byly zazielenione niewysokim, niedawno zasadzonym ryzem. Wszystko bylo mokre, blotniste, a na polach tarasowych stala woda, niezbedna dla uprawy ryzu. Teraz jest listopad, czyli pora sucha i czas zniw. Sciezki sa twarde i suche, a cala okolica mieni sie zlotymi kolorami wysokiego ryzu, ktory wyglada jak w Polsce pola z zytem. Dookola wszedzie pracuja miejscowi przy zniwach. Wszystko nadal reczna robota.
Miejscowi zaprosili nas do wspolnej pracy. Nie moglo sie to zaczac, jak to za komuny (choc nie bylo jeszcze godz. 13), bez lykniecia czegos mocniejszego. ;)Poczestowali nas domowej roboty whisky z ryzu zwanej po prostu lao lao. Sami tankuja na polu od rana, ale na wesolo i nadal ciezko pracuja. Potem scinalismy razem z nimi ryz sierpami. Tutaj komunistyczny sierp i mlot ma caly czas bardzo prawdziwe znaczenie. Tak sciete lany ryzu zostawia sie na polu na krotki czas, zeby podeschly. Nastepnie wszystko sie zbiera i nad mata wyluskiwane sa ziarna ryzu. Proces jest bardzo prosty. Dwoma patykami polaczonymi sznurkiem lapie sie kepke ryzu, a nastepnie z calej sily uderza sie nia o deske. Ziarna ryzu obsypuja sie w ten sposob na mate. Pozostaje tylko zebranie ziaren do workow i przetransportowanie. Na szczescie miejscowi nie oczekiwali od nas pomocy w przenoszeniu workow, bo oni sami 20 kilogramowy worek obwiazany sznurkiem nosza zaczepiony o czubek glowy. Do najblizszej miejscowosci trzeba tak isc 1,5 godziny przecinajac dwa strumienie. Nabomblowani mocnym lao lao na sloncu na pewno mielibysmy z tym problem.
Dodam jeszcze, ze to typowy tylko dla Laosu sticky rice, czyli lepki ryz. Jak sama nazwa wskazuje jest lepki, a Laotanczycy jedza go z plecionych z malych bambusowych naczyn. Biora garsc takiego ryzu w reke i lepia z niego kulke. Nastepnie maczaja w zupie jak francuzi bagietki w kawie na sniadanie. To Moni ulubione danie w Laosie. :)
Wieczorem dotarlismy do wioski, w ktorej spalem dwa lata temu. Mialem wydrukowane zdjecia wlasciciela jedynego bangalowu w tej okolicy. Wczesniej uczylem go angielskiego. Fajnie jest odwiedzic ponownie takie miejsca. Mimo, ze Laos zmienia sie wprost proporcjonalnie do bardzo szybko zwiekszajacej sie liczby turystow, to okolica Muang Ngoi nie zmienila sie w ogole. Mozna tu doplynac tylko rzeka, nie ma motocykli, ani aut. Jest niewiele smieci. Nie przybylo tu turystow ani pensjonatow. Monia mowi, ze pewnie jeszcze kiedys tu wrocimy. :) To caly czas jedno z najfajnieszych miejsc w Azji Pld-Wsch. O moich przygodach podczas nieprzejezdnego sezonu deszczowego i nisamowitej wiosce Hmongow, do ktorej udalo mi sie dojsc, mozecie przeczytac i zobaczyc zdjecia na www.przybysz.net.
Wojna wietnamska w Laosie
Laos jest najbardziej zbombardowanym krajem na swiecie (ilosc bomb per capita). Bomby te mialy spadac na komunistyczne wojska polnocno wietnamskie, ktore nielegalnie wkraczaly do Laosu, zeby przedostac sie do poludnowego Wietnamu podczas wojny wietnamskiej. Niestety wiele bomb spadlo na niewinnych Laotanczykow, ktorzy oficjalnie w ogole nie brali udzialu w tej wojnie. Zreszta przez 10 lat Amerykanie, ktorych oficjalnie tu nie bylo, prowadzili najbardziej tajna wojne na swiecie z Wietnamczykami, ktorych tez oficjalnie tu nie bylo. Nikt na swiecie o tym nie wiedzial, a CIA mialo tu cale wielkie bazy i wielu Amerykanow tu stacjonowalo, choc jeszcze wiecej Wietnamczykow. Biedni Laotanczycy calymi wioskami chowali sie przed bombami w jaskiniach i spedzali tam wiele dni. Niedalko Muang Ngoi, w Nong Khiaw, mozna zobaczyc taka wielkie jaskinie i jedna mniejsza, gdzie zostal przeniesiony caly bank wraz z administracja...
Zanim dotarlismy na polnoc Laosu, to spedzilismy troche czasu na poludniu, gdzie wjechalismy z Kambodzy. Bylo to dosc ciekawe doswiadczenie. W Ameryce Lacinskiej jest slynna manana i tranquillo. Ale o tym w przyszlym roku. ;) Natomiast tu w Azji Pld-Wsch, a szczegolnie w Laosie, jest "lao time". A to po prostu podejscie do czasu, jakby nie uplywal, do zegarka jakby go nie bylo. I przekonalismy sie o tym, zanim jeszcze wjechalismy do Laosu. Naszym celem bylo przejechanie z polnocnej Kambodzy jedynym przejsciem granicznym do Laosu. Podczas mojego ostatniego pobytu w tym rejonie zrezygnowalem z tej drogi, bo zajmowala kilka dni w sezonie deszczowym byla raczej nieprzejezdna. Teraz jest latwiej, poniewaz jest zostala juz wybudowana przez Chinczykow czesc nowej drogi. Ale i tak zajelo nam to cela dwa dni podrozy. Najpierw z Phnom Penh do Kratie. Trasa ta wzbudzila we mnie przyjemne wspomnienia, bo 2 lata wczesniej gnalem tedy bez opamietania i z pewnoscia za szybko motorem crossowym.
Kratie to naszym zdaniem najprzyjemniejsze miasteczko w calej Kambodzy. Z podniszczonym, ale dalej stojacymi, kolonialnymi budynkami pofrancuskimi, targiem i przyjemnym nadbrzezem nad wielkim, majestatycznym Mekongiem. Latwo tutaj wypatrzec bedace niemal na wyginieciu delfiny slodkowodne.
Nastepnego dnia w kilka godzin mielismy przejechac z Kratie na wyspe Don Det na Mekongu w krainie 4 tysiecy wysp w poludniowym Laosie. Wyjechalismy o 8 rano, a dojechalismy wieczorem. Autobusy zmienialismy 3 razy i lodki dwa razy, a ostatni odcinek plynelismy po ciemku, przechylona i mokra lodka. W ciagu calego dnia samej jazdy bylo nie wiecej niz 3 godziny. Reszta to czekanie - w busie, przy drodze, w restauracji... Na co? Na kogo? Nie wiadomo, ale tak to tu wyglada. W sumie nam sie nigdzie nie spieszy...:)
Sama granica kambodzansko - laotanska przypominala mi moje wczesniejsze przygody na granicy wietnamsko - laotanskiej, ktora ponoc przekraczalem dwa lata temu jako pierwszy Polak. Granica to trzcinowy barak po srodku dzungli z gliniasta, dziurawa, pelna glebokich kaluz droga. Po obu stronach granicy, zeby dostac pieczatke od celnika bez ktorej nie da sie pojechac dalej, trzeba zaplacic bezdyskusyjna i obowiazkowa lapowke. W weekendy wieksza. Coz, pamietajmy, ze wjezdzalismy do jednego z ostatnich krajow komunistycznych.
4 tysiace wysp
Jak sama nazwa wskazuje, to kraina z ogromna liczba malych wysepek. W przeciwienstwie do naszych dotychczasowych przygod wyspiarskich na Pacyfiku, tutaj chodzi o wyspy na wielkim rozlewisku brunatnego Mekongu. Szukalismy tutaj ciszy i spokoju. Chcielismy wynajac sobie maly, trzcinowy domek nad rzeka z hamakiem na werandzie. Udalo sie, bo ta relacje pisalem popijajac Lao Beer i bujajac sie na hamaku, sluchajac ogluszajacych chrzaszczy i opedzajac sie od ataku skaczacych konikow polnych.
Laos jest przez wszystkich uznawany za perelke Azji Poludniowo - Wschodniej. Najbardziej przyjazni ludzie, najfajniejszy kraj, swietna przyroda, kultura i jeszcze stosunkowo malo turystyczny (miejscami). To sie jednak bardzo szybko zmienia, bo ilosc turystow z roku na rok rosnie niemal geometrycznie.
Backpacking czy raczej bussing
My ciagle piszemy o tych autobusach i jezdzie. Ale czasem sie zastanawiam dlaczego takie podrozowanie nazywa sie backpacking a nie bussing? Bo plecak ciagle przewala sie w luku bagazowym lub na dachu, a rzadko ciazy na plecach. Wiec bussing, a nie backpacking:) Za nami kolejny parszywy dzien w podrozy przez polnocny Laos. Fajnie, bo dla mnie to znowu powtorka z rozrywki sprzed dwoch lat, wtedy jechalem ze wschodu polnocnego lasou do centrum, a teraz z centrum na zachod. Okropne lodki, beznadziejne pick-upy, ktorych kierowcy jada jakby wiezli ziemniaki, a nie ludzi. Jechalismy przez gory i po raz trzeci od 5 miesiecy zalozylem polar. Nigdy nie mam go pod reka tylko jest w bagazu na dachu. Teraz wzialem, zeby sobie pod tylek podlozyc. Coz, posladki musialy cierpiec na drewnianych lawkach, zebym nie przemarzl. ;)
Luksus...
Sluchajcie, po 5 miesiacach bardzo "roznej" jakosci noclegow mamy czyste, biale sciany i wygodne lozko w pokoju. A posciel - czysta, biala i poduszki wygodne. Dopiero jak sie obudzilismy rano, to zdalismy sobie sprawe jaka przyjemnosc nam to sprawilo. A lazienka - czysta i terakota, i cieply prysznic, czysty kibelek z deseczka... I nawet prawdziwe szyby w oknach. Po prostu dla nas to Hilton przez jedna noc!
Wielki festyn
Mam kaca. Podrozniczo zasluzonego kaca! Zapracowalem na niego, bawiac sie z Laotanczykami na najwiekszym swiecie w Muang Sing, niewielkim miasteczku w gorach polnocno zachodniego Laosu, kilka kilometrow od granicy z Chinami. Swieto That Xieng Tung Festival to najwieksze wydarzenie roku w calej okolicy. Wszystkie grupy etnicznej z niewielkich wiosek w gorach przychodza ubrane w lokalne stroje. Sa ludzie Akha w slynnych czapkach ozdobionych srebrem i metalem oraz gorskie plemie Yao z bordowymi woalami wokol szyi.
That Xieng Tung Festival odbywa sie zawsze podczas pelni ksiezyca w dwunastym miesiacu ksiezycowym. Pokrywa sie z tajskim wielkim swietem swiatla Loi Krathong. Mimo kultury buddyjskiej w tej czesci Indochin, to o ile sie nie myle, swieto to wywodzi sie z tradycji hinduskiej i w tym samym czasie w Indiach jest jedno z najwiekszych swiat Divali, ktore mialem okazje obserwowac dwa lata temu w Radzastanie. Tutaj w Laosie jest to jednak przede wszystkim lokalny festyn. Wszyscy zbieraja sie wokol niewielkiej stupy na szczycie wielkiego wzgorza. Modla sie, zapalaja kadzidelka i chodza dookola stupy. Ale to nie modlitwa i stupa sa tu najwazniejsze. Cale wzgorze pokryte jest straganami sprzedajacymi jedzenie. Mozna tu skosztowac wszystkiego co jedza Laotanczycy - roznego rodzaju miesa gotowanego, pieczonego i na surowo w przyprawach (nie wszystko jednak przeszlo nam przez gardlo). Lepki ryz zabarwiony jakimis roslinami i poslodzony sprzedawany nabity w wydrazonym bambusie. Jest glosno od krzykow podekscytowanym ludzi, przemowien i muzyki, lokalnego disco polo na zywo. Miedzy straganami z jedzeniem wszyscy graja na kase w rozne gry. Najbardziej popularne jest bingo, rzucanie lotkami do balonow i rzucanie miska w butelki po piwie. Niestety nic nie wygralismy...
Lao lao, beerlao
Wszyscy na swiecie wiedza o zdolnosciach i umiejetnosciach w piciu Rosjan, Polakow, Anglikow czy Australijczykow. Ale o Laotanczykach to swiat jeszcze nie wie. A oni chetnie racza sie whisky ryzowym, lao lao, i jedynym piwo w calym kraju Laobeer na potege. Uprzyjemnia im to prace na polu, czy buduwe mostku z bambusa nad lokalna rzeczka oraz miedzy straganami podczas swieta. Wszystko jednak bardzo sympatcznie, maja naprawde mocne glowy! O zmierzchu impreza przeniosla sie na targ w miescie. Byly dwie sceny z muzyka na zywo, po jednej stronie disco polo, a po drugiej jakis laotanski hardcore. Wszedzie dookola zolte skrzynki z laobeer. Probowalismy dotrzymac kroku miejscowym w tancu i nie tanczylismy tak od naszego wesela. A w piciu, to musze przyznac nie dotrzymalem im kroku ;) Ale jeden Francuz, ktory byl tam z nami jeszcze mniej. Bedzie mial pamiatke do konca zycia. Wypadl w nocy przez okno swojego pokoju prosto na twarz. Stracil przedni zab i zlamal nos, rano musielismy opatrzec jego rany, bo w niedziele komunistyczny szpital byl zamkniety... Bez komentarza...
Jadlem juz wielkiego czarnego pajaka, koniki polne i smazone larwy. Ale nie bylem w stanie przelknac, nawet po laobeer, tego co sprzedawali na targu podczas dyskoteki. Szaszlyki z wielkich, grillowanych karaluchow. Swieto Xineg Tung to ciekawe przezycie i kulturowe doswiadczenie. Troche podobne do polskich wiejskich festynow pod kosciolem i dyskotek na wsi. Jedna z istotnych roznic polega na tym, ze pomimo duzej ilosci alkoholu, nikt nie myslal tu o sztachetach i bijatykach. Kilkunastu bialych turystow bawilo sie na wesolo z cala populacja miejscowych. Wszystko sympatycznie i bezpiecznie. Szczerze? Nie wiem, czy odwazylbym sie wziac obcych na jakas wiejska dyskoteke gdzies na krancach Polski...
Do Tajlandi
Jeszcze do niedawna, droga z polnocnego Laosu do Tajlandii zajmowala caly dzien po niewiarygodnie dziurawej szutrowej drodze. Teraz to niecale 3 godziny po rowniotkiej, nowej trasie szybkiego ruchu. Kreta droga przecina gory tak jak autostrady Alpy. Polscy drogowcy wstydzcie sie, w biednym Laosie powstaje wiecej i lepszych drog niz w naszej Polsce :( A jest to droga wybudowana takze przez Chinczykow i ma byc to glowna trasa miedzy Tajlandia i Chinami. Az nie chce sie myslec, jakie zmiany przyniesie ona w niedlugim czasie w polnocnym Laosie zamieszkalym glownie przez male plemione zyjace w bardzo tradycyjny sposob nadal. Laotanczycy nie maja szans z agresywnymi w handlu i biznesie Chinczykami i Tajami... Szkoda! Bardzo szkoda!
Klasztor
Ide do klasztoru buddyjskiego. Bede medytowal. Dziesiec dni bede spal w klasztornej celi, na slomianej macie z drewniana poduszka pod glowa. Pobudka o 4 rano, wegetarianskie posilki tylko dwa razy dziennie i wiele godzin medytacji. Dziesiec dni bez slowa do kogokolwiek, bez myzyki, ksiazki i czegokolwiek innego. Bede szukal nirvany. ;) Mowie powaznie! Zawsze chcialem dowiedziec sie, o co dokladnie chodzi z ta medytacja. A trudno o lepsze miejscie niz klasztor buddyjski. Podobno kilka dni medytacji w takich warunkach, bedac odcietym od swiata zewnetrznego i wszystkich jego dobr to duze przezycie. Mnostwo czasu na przemyslenia. I choc nirvany pewnie tak szybko nie osiagne ;) to chce sprobowac i zobaczyc jak to wyglada. Nie wiem tylko, czy wytrzymam... bez porzadnego jedzenia, bo jadl bede jak mnich. Wiec pierwsze 10 dni grudnia nie bedzie ze mna kontaktu. Potem postaram sie zamiescic relacje z klasztoru. Zyczcie mi szczescia.
Przeczytaj
tez nasza relacje z Kambodzy
Jeden z siedmiu cudow swiata, Czerwoni Khmerzy, smutna historia, ciekawy kraj.
kliknij tutaj