Karnawał
Wspomnienie karnawału – muzyki, tańca, kolorów, strojów i pięknej nagości, kształtnych piersi oraz zgrabnych pośladków.
Nie po drodze nam było do Rio, ale nie mogliśmy sobie odpuścić karnawału w Ameryce Płd. Dotarliśmy do Gualeguaychú, największego karnawału Argentyny i ponoć trzeciego na świecię po Rio i Salwadorze. Gualeguaychú
to niewielkie ospałe miasteczko popularne wśród portenos jako miejsce wypadowe na weekendy (portenos to mieszkańcy Buenos Aires). Gualeguaychú
zmienia się w czasie karnawału i odżywa wtedy na kilka weekendów stycznia i lutego. Na skraju miasteczka zbudowany jest wielki sambodrom. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Choć entuzjastyczne reakcje wszystkich wcześniej spotkanych Argentyńczyków, którym mówiliśmy, gdzie jedziemy, zapowiadały niezłe przeżycia. Argentyńczycy zjechali się z całego kraju, nawet z Ziemi Ognistej.
Co tu dużo pisać... Nie będę przecież barwnie opisywał przepychu strojów, konstrukcji platform tanecznych, ani dźwięków muzyki. Tym bardziej nie będę rozpisywał się o kształtach i rozmiarach piersi czy pośladków, bo przecież nagość jest oczywistym elementem karnawału południowo amerykańskiego. Myślę, że pierwszy i niestety ostatni raz mogłem nie tylko legalnie i za przyzwoleniem, ale wspólnie ze swoją żoną, podrygiwać w rytm samby i patrzeć na setki prawie nagich, roztańczonych piękności. Panowie, mężowie – polecam!
Moja Argentyna
Zupełnie nieplanowanie i nieprzewidzianie Argentyna stała się krajem, w którym najdłużej turystycznie przebywam. Poza Polską byłem dłużej tylko w Stanach, gdzie pracowałem i w Szwecji, gdzie studiowałem. A w Argentynie jestem już w sumie prawie czwarty miesiąc – 2 miesiące podczas pierwszej Traktoriady i teraz 2 miesiące, też częsciowo podczas Traktoriady.
Jak było na Traktoriadzie podczas podróży poślubnej
Jakby ktoś mi powiedział 6 lat temu podczas Traktoriady, ze w 2008 roku znowu zasiądę za sterami Ursusa i to w podróży poślubnej z Monią, to tak jakby przepowiadał podróż poślubną w łodzią podwodną (swoją drogą to niezły pomysł...). Jakby Moni podczas jej studiów w Australii w 2002 roku ktoś przepowiadał jedną z nocy w podróży poślubnej na przyczepie traktora pod gołym niebem, marznąc w dolinie andyjskiej i to z przybyszem, to tak jakby przepowiedział noc poślubną w igloo z Eskimosem (hmm, to też niezły pomysł, choć lepiej bez tego Eskimosa ;). A to wydarzyło się na prawdę, tzn. łódź podwodna i igloo jeszcze nie... ;)
Mimo, że nasza traktoriadowa ciężarówka nazwana manana umiera na parkingu celnym w Peru czy w Boliwii, to okazało się, ze traktor nazwany tranquilo żyje w Argentynie. Choć kończy się prawdopodobnie Traktoriada, bo zbankrutowany Ursus przypomniał sobie o swoim jedynym podróżującym ciągniku po świecie i chce go z powrotem. Wyobrażam sobie „świetnych top” menedżerów Ursusa, którzy chcą tą zabaweczkę z powrotem. Pewnie dlatego, że nowych nie potrafią wyprodukować i sprzedać, a tu chociaż coś odzyskają i będzie na pensję. Ale to nie moja sprawa.
My znowu zakurzeni z poodbijanymi tyłkami jedziemy po bezdrożach Patagonii z prędkością światła (dla tych co nie wiedzą wynosi ona 28 km/h). Tylko kilka dni trwała nasza Traktoriada. Zaczęliśmy w Bariloche, gdzie Marcin Obałek (głowny pomysłodawca i organizator tej zabawnej wyprawy) wyjechał po nas tranquilo i zawiózł prosto do drewnianego domu nad jeziorem Andrzeja Ziarki. Zaczęło się właśnie tam od kaszanki z grilla i browarków, a skończyło w Parku Narodowym Los Alerces, gdzie ostatnie km eskortowały nas na sygnale 2 samochody jakichś szefów zarządu dróg, którzy twierdzili, że tak podróżować nie możemy. To nic, że tak właśnie przejechanych zostało kilka czy kilkanaście tysięcy km po ich kraju i wielokrotnie pisała o tym prasa. Syndrom władzy lokalnych urzędników na całym świecie jest taki sam.
Pierwszej nocy trafiliśmy do domu małżeństwa architektów, domu zaszytego głęboko w jednej z dolin. Para ta wyniosła się po studiach z Buenos Aires mając dosyć życia wielkomiejskiego. Spełnili marzenie wielu mieszczuchów z całego świata. Spotkany po drodze Martin narysował nam plan jak do niego trafić i mówił, że droga jest dobra. To ja nie chcę wiedzieć, jaka jest zła. Okazało się, że ich dom jest na samym końcu doliny, w pięknym, ale totalnym ZADUPIU. Nie źle się napociliśmy, żeby tam dojechać. W pewnym momencie szutrowa droga była tak stroma, że traktor z przyczepą zsuwał sie, a nie zjeżdżał, a my gotowi byliśmy skakać w każdym momencie. Ale mieszkają pięknie... Z trojka małych jeszcze dzieci w ciszy, spokoju i z pięknym widokiem przez wielkie okno z małego salonu. Na bramie wjazdowej na ich estancję napisane było po prostu Carpe Diem. I to bardzo pasuje do nich i ich życia. Spędziliśmy miły wieczór gaworząc, oczywiście przy argentyńskim winie.
Park narodowy Los Alerces słynie z wielkich drzew podobnych do ogromnych sekwoi w Ameryce Płn. My powolutku przetoczyliśmy się po pięknych drogach nad górskimi jeziorami tego parku, ale drzew nie widzieliśmy... Okazało się, że są tylko w jednym, niewielkim, odległym zakątku parku, gdzie dotrzeć można tylko łódką za kilkadziesiąt dolców. Drzew więc nie widzieliśmy.
Zostaliśmy nad jednym z jezior pod namiotem, a traktor pojechał dalej. Podczas gdy my robiliśmy swoje asado, Obałek z Beatą (drugą traktorzystką) pobili rekord przejechanej odległości traktorem bez przerwy – prawie 400 km.
Dzięki kradzieży?
Paradoksalnie, wszystko opisane w tej i w poprzedniej relacji - wydarzenia i spotkane osoby – było możliwe dzięki temu, ze nas okradli w Buenos Aires. To kradzież zmusiła nas do zmiany planów. To po kradzieży, szukając pomocy, nawiązaliśmy nowe kontakty. Bez kradzieży nie wiedzielibyśmy o istnieniu i nie spotkalibyśmy się z tatusiem, nie mielibyśmy pojęcia o tym, ze traktor i Marcin są w Argentynie i jadą, nie pilibyśmy browarka z DG z Afryki, itd., itp. Nie ma więc tego złego...
Patagonia
W Azji pisaliśmy o busingu. O tym, że mnóstwo czasu spędzamy w autobusach, ciągle gdzieś jedziemy. Ale dopiero tutaj, w Ameryce Południowej, to się zaczęło. Gdziekolwiek chcemy pojechać to jest co najmniej kilkanaście lub dwadzieścia kilka godzin ekspresowym autobusem. Krajobraz za oknem czasami nie zmienia się zupełnie przez kilkanaście godzin. Często najbliżej położone siebie miejscowości oddalone są o kilka godzin jazdy. Taka jest Patagonia.
Monotonna, nudna pustynia, czasem zupełnie płaska, innym razem pagórkowata. Nie jest to pustynia piaszczysta, ani żwirowa. To bardziej taki step porośnięty kępkami trawy. Dopiero zachodnia część ogromnej Patagonii, ciągnąca się długo z południa na północ jej andyjska część, jest zupełnie inna. To ten krajobraz przyciąga ludzi z całego świata. To o tej Patagonii słyszy się niesamowite historie. To tu są te góry i te lodowce – słynny park Los Glaciores z El Calafate i lodowcem Perito Moreno. Długo nie zdobyte przez wspinaczy strzeliste góry Fitz Roy i Cerro Torres oraz po stronie chilijskiej park Torres del Paine. To dla tych miejsc męczymy się w autobusach, a potem na szlaku i wydajemy kasę na długą podróż.
Przez rok w podróży tylko tu potrzebujemy namiot i ciepłe spodnie, bluzy, czapki, rękawiczki. Zaopatrzyliśmy się w nie po drodze w jakiejś mieścinie. Zjeżdżamy na samo południe kontynentu. Nie chce nam się myśleć, jak wrócimy. Do najbliższego miejsca z powrotem, w którym jest sens się zatrzymać w drodze powrotnej, czyli do Mendozy po stronie argentyńskiej lub Santiago po chilijskiej jest prawie 50 godzin jazdy. A to dłużej w autobusie niż z Warszawy do Barcelony. (Jechałem raz do Barcelony i powiedziałem sobie – nigdy więcej tak długo w autobusie...)
Co robiliśmy we wspomnianych miejscach Patagonii w kolejnym reportażu. I zdjęcia też wkrótce :)
Pierwsza połowa lutego 2008
Wywiad z nami w WarsawFaces
Zanim zaczniesz kolejną relacje przeczytaj wywiad z nami w marcowym WarsawFaces, darmowym magazynie dostępnym w samolotach, ambasadach i podobno w parlamencie :)
kliknij tutaj strona 1 artykułu
kliknij tutaj strona 2 artykułu
Przeczytaj też relcję jaki świat jest mały
O wzruszających i pouczających spotkaniach w Argentynie...
kliknij tutaj