Świat jest mały
Przedstawimy 3 osoby spotkane na przełomie stycznia i lutego w Argentynie. Oczywiście 3 spośród wielu.
Copernicus rulez
Siedzę w hostelu na północy Argentyny, w Iguazu, tuż przy granicy z Brazylią i Paragwajem. Monia w tym czasie ogląda wodospady, a ja piszę na komputerze relację. Wchodzi jakiś turysta i widzę plecak Jany sport – to musi być Polak. Mówię cześć. To Paweł, Warszawiak. Fajny gość, skończył Kopernika, dla tych co nie wiedza najfajniejsze warszawskie liceum ;) (jedni czytając to relację się pewnie obrażą za te 3 ostatnie słowa, inni kiwną głową i pomyślą – jasne, że tak). Paweł zaczynał, gdy ja skończyłem zabawę w Koperniku, ale kilku nauczycieli powspominaliśmy (ukłony dla seniora Nowaka lub raczej fanga w nos i jaja dla idiotus, debilus, alkoholizylus Nowak).
Trzy tysiące km dalej i kilkanaście noclegów w innych hostelach później, w Bariloche wchodzimy do pokoju w hostelu i co widzimy? Stary plecak Jany sport...
5 tys owiec i 10 tys hektarów
W Bariloche pół nocy i kilka browarków upłynęło w przedziwnym towarzystwie – białego farmera z Afryki Południowej, potomka kolonizatorów. DG (tak sie przedstawił) urodził się na farmie po środku dokładnie niczego, bo cały czas mieszka i pracuje na farmie w samym centrum RPA. Jego życie to 10 tys hektarów, 5 tys owiec i sporo bydła (średnie gospodarstwo w Polsce to chyba kilkanaście hektarów). Na motocyklu lub koniu potrzebuje kilku dni, żeby je objechać i doglądać wszystkiego. Jego rekord strzyżenia owcy to 45 sekund, ale mówi, że rekord świata wynosi 18.
Jego brat pracuje na farmie obok, a właściwie na safari. Jego zadaniem jest dbanie i dokarmianie dzikich zwierząt, po to, żeby zachodni myśliwi mogli przylecieć i polować. Myślałem, że to zakazane. DG mówi, że właściwie tak, że trzeba mieć kupione (przekupione) specjalne pozwolenia. Prowadzą życie jak z filmów z Discovery Channel o farmerach afrykańskich. Oczywiście nie ruszają się bez broni.
Najciekawsze było to, że z tym prostym człowiekiem z zupełnie innego świata rozmawiało się o życiu i świecie jak z każdym innym wykształconym mieszkańcem Nowego Jorku czy Sydney. DG nie ma maila ani komórki, ale zdaje sobie świetnie spawę z globalizacji i z wartości swojego fachu speca od owiec na światowych rynku pracy.
Najbardziej zaskakujący był cel wizyty DG w Patagonii. Otóż po obaleniu apartheidu teraz biali są w RPA zagrożeni. DG mówi, że jego przodkowie byli tam farmerami od XIX w., że szanuje czarnych, ale że boi się, że lada dzień będą musiał uciekać. Szuka więc ziemi na nową farmę i dlatego przyjechał do Patagonii.
Czekoladki mamusi, gawędy tatusia
Dziś rano wyjeżdżamy z miejscowości o fajnie brzmiącej nazwie San Martin de Los Andes, takiej grynicy górskiej. Jedziemy do Bariloche, czyli argentyńskiego Zakopanego. Po drodze na dworzec autobusowy, idąc po uroczym miasteczku w dolinie nad polodowcowym jeziorze z zimną wodą o ciemno granatowym kolorze, nie mogliśmy nie wstąpić kolejny raz do mamusi. Delektujemy się chłodnym, przyjemnym górskim wiaterkiem, bo wiemy, ze niedługo nie będzie po nim śladu i zacznie się kolejny upalny dzień. Nie wiedzieliśmy za to, że u mamusi czeka na nas prezent od tatusia... :)
Tatuś to bez wątpienia najciekawsza osoba spotkana podczas całej naszej podróży. Tatuś długo pozostanie w naszych sercach. Spotkanie z tatusiem było dla nas wielkim przeżyciem, a gawędy tatusia najlepszą lekcją historii. Tatuś jest Polakiem.
Mamusi nie mogliśmy już poznać. Ale smak ręcznie robionych czekoladek „Mamusia”, które dostaliśmy od tatusia długo będziemy pamiętali. Tatuś, czyli pan Zbigniew lub Jose, jest prawie dziewięćdziesiąt letnim, wysokim, z wiecznym uśmiechem na buzi Polakiem. Szybko stało się dla nas jasne dlaczego wszyscy, Polacy i Argentyńczycy, nazywają tatusia – tatuś. On po prostu jest jak tatuś dla wszystkich. Wszyscy go szanują, słuchają i lubią odwiedzać.
Tatuś podobnie jak tysiące innych Polaków walczących o wolność musiał po wojnie, gdy wolność uzyskaliśmy, uciekać z naszego kraju. Uciekając przez Europę poznał mamusię. To był 20 czerwiec 1945 roku. 14 lipca wzięli ślub! Potem trafili do Argentyny. Mają piękny, stary dom u podnóża góry pod lasem i fabryczkę czekolady „Mamusia”.
Tatuś jest wychowankiem Aleksandra Kamińskiego (to on napisał wszystkim znane Kamienie na szaniec), współtwórcą Szarych Szeregów, członkiem batalionu Parasol, a potem Zośka. Dla mnie starego harcerza, to coś zupełnie niepojętego. Ale najważniejsze, że tatuś przyjął nas jak swoje wnuki, a raczej prawnuki i dwa długie wieczory rozmawialiśmy, dyskutowaliśmy, gawędziliśmy przy asado i empanadach. Siedząc z tatusiem myślami, byłem z moja prababcią Leosią, o 7 lat starszą od tatusia. Również wesołą, pogodną, otwartą, a przede wszystkim kochaną babcią.
Tatuś przyjechał do Polski pierwszy raz po 45 latach. Teraz jeździ co najmniej raz w roku. W drugiej połowie tego roku znowu wybiera się do Polski. Obiecał, że nas odwiedzi. Już nie możemy sie doczekać!
Tatuś załatwiał nam nocleg w San Martin de Los Andes. Jest środek wakacji w Argentynie, więc to nie jest łatwe. Zadzwonił do hostelu i przedstawił się po prostu – Soy tatuś de mamusia – i wszystko było jasne. Przekupił recepcjonistkę czekoladkami i mieliśmy gdzie spać. Okazało się, że recepcjonistka, rodowita Argentynka (zgrabna brunetka) jest maniaczką czekoladek mamusi i nawet w portfelu ma naklejkę „Mamusia”.
Jedziemy teraz autobusem z dwoma pudełeczkami czekoladek od tatusia. Na pudełeczkach namalowane są tradycyjne, kolorowe, łowickie koguciki i kwiatki i napis „Mamusia”. Zastanawiamy się jak to zrobić, żeby te czekoladki wysłać do Polski. Ale chyba się nie da. Musicie więc sobie wyobrazić smak ręcznie robionych czekoladek z różnym owocowym nadzieniem według receptur mamusi. Porównać je można do mieszanki babcinych konfitur i nalewek dziadka.
Jeszcze o Polakach
W czterdziestomilionowej Argentynie jest 300 tys., a może nawet 500 tys. Polaków, czy też osób polskiego pochodzenia. Wiele z nich to emigracja przymusowa tuż po II wojnie światowej. Tych co przyjechali wtedy jest oczywiście coraz mniej. Monia była 4 lata temu na polskim jachcie Zjawa IV na samym południu Ameryki w Ushuaia na Ziemi Ognistej. Załoga Zjawy spotkała wtedy mieszkającego tam polskiego staruszka. Ten pan nigdy nie był w Polsce od wyjazdu po wojnie i myślał, że już nigdy w życiu nie stanie na polskiej ziemi. Mogę sobie tylko wyobrazić łzy i wzruszenie, gdy polscy żeglarze wnieśli go na pokład polskiego jachtu i po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat i pewnie po raz ostatni w swoim życiu stanął na polskiej ziemi.
przełom stycznia i lutego 2008
PS 1 Slogan, że podróże kształcą
Jak pomyślimy ile się nauczyliśmy i doświadczyliśmy podczas kilkunastu godzin z tatusiem czy DG (o wielu innych osobach nie wspominając) i porównamy z dziesiątkami godzin przespanych na auli SGH (bo o czasie spędzonym w klasie u Nowaka, to nie ma sensu wspominać), to... to nie ma o czym gadać...
PS 2 znowu o mięsie
Nawet DG, sam hodowca bydła stwierdził, ze nigdy w życiu nie jadł lepszego asado (grillowanego mięsa, w tym przypadku wołowego) niż w Argentynie. A asado u tatusia (jedliśmy grillowana tchawicę wołową) było przepyszne.
Przeczytaj też co łączy traktoriadę z naszą podróżą poślubną
kliknij tutaj
Jesteśmy w galerii podrozników onetu, zobacz!
kliknij tutaj
Mapa naszej podrozy, bo do tej pory tego brakowalo na stronie
View Larger Map