Doplynelismy do raju... Malenka wyspa, jedna z dziesiatek w pieknej wielkiej lagunie oslonietej rafa koralowa od oceanu. Doplyniecie i trafienie tutaj od momentu wplyniecia do laguny zajelo nam prawie 2 godziny. Najpierw dlugi na prawie 3 km i bardzo waski, bo 50 metrowy naturalny kanal pomiedzy dwoma wyspami - nazwany Diamond Narrows. Dwie godziny wczesniej na mieliznie osiadla tu barka. Linia brzegowa porosnieta jest gesta dzungla z nielicznymi domostwami pomiedzy drzewami. Potem ciezka nawigacja pomiedzy wyspami i rafami koralowymi. Na nic zdal sie GPS i mapa w komputerze, bo byla niedokladna i nasza pozycja jakas mile morska nie w tym miejsca, w ktorym na prawde sie znajdowalismy.
Korzystalimy z odrecznie narysowanej mapy (Dan dostal ja od pieknej, miejscowej dziewczyny;) i obserwacji dna stojac wysoko na maszcie. Gdy slonce wychodzilo zza chmur nie bylo problemu, bo woda morska z rafa plytka pod powierzchnia mieni sie kolorami od ciemno granatowego tam gdzie gleboko, po blekitny, zielony i piaskowy tam gdzie jest coraz plycej. Okulary z filtrem polaryzacyjnym nie tylka zwiekszaja doznania wizualne, ale przede wszystkim ulatwiaja nawigacje. Slonce skryte za chmuramu zmienialo jednak powierzchnie wody w jednolity granat. Byly gorace momenty, gdy mielismy tylko 1 metr wody pod kilem i trzeba bylo zawracac.
Doplynelismy i bylo warto. To niewielki osrodek z 6 domkami z trzciny. Jest bar na plazy, pyszne jedzenie od ryb, homarow po np. zupe kukurydziana z kurczakiem i ciasto czekoladowe. Calosc prowadzi corka wlascicieli, ta sama od ktorej dostalismy mape (przesympatyczna, ladna... i niestety dla Dana zajeta;). Zakotwiczylismy w tzw. Swimming distance od baru, czyli w odleglosci latwej do przeplyniecia, zebysmy mogli plynac do baru.
Okazalo sie, ze to wyspa Lola. Jest to jedna z dwoch glownych atrakcji na Wyspach Salomona wyszczegolnionych na pierwszej stronie przewodnika Lonely Planet. W poprzedniej relacji cytowalem jakis artykul, ze to jednej z najmniej odwiedzanych krajow na swiecie. To sie tylko teraz potwierdza. Przewodniki Lonely Planet sa uzywane pewnie przez jakies 90% turystow na calym swiecie. Zwykle wszystkie miejsca wskazane w nich jako wyjatkowo warte zobaczenia sa po prostu zawalone turystami. Tymczasem jestesmy jedynymi przyjezdnymi na wyspie Lola i na kilkudziesieciu innych wyspach dookola. Gdziekolwiek nie doplywamy, do zatok, wiosek, wysp - mowia nam, ze jestesmy pierwszymi turystami od roku, dwoch, trzech. I to jest wlasnie piekne. Takich wlasnie miejsc szukamy. Dla takich miejsc warto leciec, jechac, plynac wiele godzin, dni.
Plan dzisiejszej doby.
1. W nocy pada, wiec deszczolapem lapiemy do zbiornikow wode pitna, nie ma wlasciwie innego zrodla wody pitnej w okolicy, wiec to bardzo wazne.
2. Odespanie wczorajszej imprezy na plazy.
3. Poranne wychylenie glowy z kabiny i podziwianie widoku po wschodzie slonca.
4. Plywanie i gimnastyka.
5. Czytanie i pisanie,relaks, pieczenie chleba, naprawianie generatora pradu itd.
6. Wycieczka dingi (pontonem) na rafe i snorklowanie.
7. Wycieczka dingi na wyspe obok, na wyspe czaszek, czyli na wyspe pelna czaszek. O ile wiem, czasami na takich wyspach skladano czaszki zjedzonych ludzi, a czasami to rodzaj cmentarza. Nie wiem, jak dokladnie jest tutaj.
8. Obiad i impreza na deku.
Jesli nie zrealizujemy planu, to zawsze mamy nastepny dzien:) Czas mamy!
Mamy tutaj nieco inne rozrywki i niebezpieczenstwa. Rozrywka jest na przyklad na pomoscie na wyspie o zachodzie slonca, popijanie piwka, przytulanie sie i obserwowanie plywajacych dookola rekinow. Chwile wczesniej, gdy plynelismy wplaw to rekiny byly nieco inna rozrywka. Ale to tylko rekin rafowy (black tip shark), osiagajacy nie wiecej niz 2m dlugosci. Zwykle nie atakuja one czlowieka. Ewentualnie moga sprobowac tzn. ugryzc (np. kawalek nogi) i im nie smakuje. Ale to sie praktycznie nie zdarza. Ryzyko mniejsze niz potracenie przez samochod w Warszawie. Plynac w pletwach powinno sie jednak uwazac, zeby nie robic plaskow pletwa o powierzchnie wody, bo wtedy rekin moze pomyslec, ze to ryba skacze.
Inna kwestia sa krokodyle. W niektorych lagunach, szczegolnie na wyspach, na ktorych brzeg porosniety jest drzewami mongrowymi i jest jakas rzeka, krokodyli moze byc duzo. To typ krokodyli zerujacych zarowno w wodach slodkich jak i slonych. Cumujemy czesto w takich miejscach i wtedy staramy sie byc ostrozni, plywajac wokol lodki i nie plyniemy do brzegu. A karokodyle sa szybkie - potrafia wyskoczyc nawet na 5 metrow w gore i zlapac ptaka w locie. Widzielismy ich juz kilka. Zwykle jednak latwo rozpoznac miejsce, w ktorym moga byc krokodyle i wtedy nie plywamy. Poza tym zawsze pytamy miejscowych, o ile sa gdzie w poblizu. Pytamy tez roznych miejscowych, choc czasem daje to sprzecznie wyniki. Ostatnio jeden powiedzial, ze tu nie ma. Inny, ze jest, ale malutki. A kolejny zapytany mowil, ze widzial ostatnio jednego wielkosci jego lodki...
Inna przyjemnoscia jest obserwowanie latajacych ryb, ktore lataja tuz nad powierzchnia wody. Obserwowanie latajacych nad koronami drzew orlow. Sa jeszcze plywajace zolwie, stada delfinow, 3 metrowe skaczace marliny, itd. Ale o tym bedzie w kolejnej relacji.
Deszcz jest dla nas jedynym zrodlem slodkiej i pitnej wody. Jezeli chcemy sie wykapac w innej niz slonej, morskiej wodzie, to trzeba po prostu wyjsc na poklad, gdy pada deszcz. Co wlasnie dzis uczynilem o wschodzie slonca. Ma to jeszcze dodatkowa wazna zalete - chlodzi! Jest tu strasznie goraco i wilgotno. Pot, wszedzie pot. Poce sie gdy siedze, gdy stawiam zagle, gdy wyciagam kotwice. Gdy spie poduszka i przescieradlo sa mokre. Pot zalewa mi oczy praktycznie caly czas. Ale mozna sie przyzwyczaic. Zreszta to dobrze, bo to oznacza, ze organizm walczy z temperatura i wilgocia i probuje sie chlodzic. Nie wiem, co mnie wciaz ciagnie w te tropiki. Przeciez ja nie lubie takiego goraca i dosc ciezko go znosze. A teraz jestesmy prawie dokladnie na rowniku. Ale w koncu sie przyzwyczajam. Kapuscinski pisal w Lapidariach o slynnym Bronislawie Malinowskim, Polaku, ktory studiowal miedzy innymi kulture Papuasow. W swoich Dziennikach Malinowski pisal w 1914 roku, ze "zdecydowal sie podjac badania w Papui Nowej Gwinei w tropikach, nienawidzac tropikow - Silna trema przed tropikami; wstret do goraca i dzusznosci - rodzaj panicznego strachu przed mozliwoscia straszliwego upalu."
Mamy swietny sprzet, ktory ulatwia przetrwanie w tych warunkach, tzn. szybko schnaca i oddychajaca odziez, od bielizny przez koszulki po spodnie. To znacznie zwieksza komfort. Choc teraz na lodce to uzywamy tylko kapielowek i kremow z filtrem, ktorych zreszta wzielismy za malo. Ale i tak jest tu caly czas jak w saunie, poza momentami gdy pada i bierze sie prysznic na deku.
Wracajac do deszczu i deszczolapu. Deszczolap to po prostu uszyty na wymiar namiot, ktory rozwieszamy miedzy wantami, gdy jest slonce i zdesperowani szukamy cienia. Gdy pada, rozwieszamy go do gory nogami, podlaczamy w najnizszym punkcie ogrodowy waz gumowy i zbieramy wode do zbiornikow, ktore sa pod nasza koja.
Caly dzien zeglowania od jednego archipelagu do drugiego, 40 mil morskich slonca, delikatnego i przyjemnego wiatru 2-3 stopnie Bofourta oraz fal oceanicznych. Wial baksztag, wiec pol dnia plynelismy ze spinakerem. Jak wyplywalismy, to na horyzoncie nie bylo widac wysp, do ktorych plynelismy. Jak doplynelismy, to nie moglismy zobaczyc wyspy New Georgia, z ktorej wyplywalismy. Tylko na pld-zach, daleko na horyzoncie caly czas mozna dojrzec dostojny wulkan Kolombangara. Ma on ponad 2 tys. m i caly czas nad cala wyspa unosza sie chmury. Zmieniaja one swoje ksztalty, kolory, intensywnosc. Przyslaniaja pol wulkanu, tylko wierzcholek lub wlasnie tylko wierzcholek jest odkryty. Ale caly czas sa. Praktycznie cala, duza wyspa to wielki wulkan porosniety tropikalna roslinnoscia, ktora pewnie tworzy ten wyjatkowy mikroklimat.
Dzisiaj te 40 mil zeglowania minelo wyjatkowo przyjemnie. W koncu trafilismy na lawice ryb i w tym samym momencie na dwie wedki zlapaly sie dwa tunczyki. Niestety ten z mojej wedki zerwal sie. Mial skubany dobra technike. Najpierw walczyl ostro, zszedl gleboko i mialem wrazenie, ze sie zerwal. A on podplynal do samej lodki, w ten sposob poluzowal zylke. I gdy znowu ja naprezylem i zaczalem sie silowac, to pewnie haczyk sie przemiescil i wtedy faktycznie sie zerwal. Na szczescie w tym czasie w kokpicie byl juz drugi tunczyk. Piekna ryba.
W praktyce wyglada to tak. Lapie sie ryba na wedke i zaczyna sie szal na lodce. Sternik ostrzy jacht do lini wiatr (czyli ustawia pod wiatr), ktos szybko zrzuca grota (srodkowy zagiel). Zostajemy na foku i bezanie, czyli pierwszym i ostatnim zaglu i stajemy w dryfie. W tym samym czasie ktos inny lapie wedke i zaczyna sie silowac. Wyciaga koniec wedki do gory przyciagajac tym samym rybe, potem zniza ja do dolu naciagajac zylke. I znowu przyciaga rybe, itd. Zylka musi byc caly czas napieta. Jedne ryby walcza na powierzchni, inne schodza do dolu. Gdy ryba jest juz przy lodce, to nabijamy ja na hak i wrzucamy do kokpitu. Kokpit jest generalnie caly we krwi, ryba sie rzuca, zdejmujemy jej haczyk, potem kilka uderzen korba od kabestana i humanitarnie zmniejszamy cierpienia ryby. Nastepnie pare wiader wody, zeby zmyc krew, ostrzenie noza i filetowanie.
Doplynalismy do pierwszej wyspy archpelagu Chiseul. Kolejna piekna, rajska, piaszczysta plaza, woda blekitna, przejzysta z widocznoscia jakies 30 metrow w glab. Szybko robi sie globoko, wiec cumujemy praktycznie na plazy. Potem plywanie, zdjecia, piwko, wino i szykowanie obiadu, Bedzie filetowane 2 godziny wczesniej tunczyk - polowa grillowana w przyprawach i cytrusach, a polowa w sosie pomidorowym i farfale z serem zoltym. Potem spokojny wieczor na pokladzie pod rozgwiezdzonym niebem. Choc w miedzyczasie mielismy 20-sto minutowa ulewe i silny wiatr, ktory zepchnal nas troche za blisko brzegu. Odpalilismy wiec silnik i troszke przekotwiczylismy. Przez caly dzien i wieczor nie widzielismy nikogo ani niczego plywajacego.
O wioskach, ludziach, zwyczajach i handlowaniu napiszemy w kolejnej relacji.
lipiec 2007