Swieta w domu, a potem do goracego Buenos
Napisalem bardzo emocjonalna relacje z naszego swietnego pobytu w Warszawie z rodzina i przyjaciolmi na swieta Bozego Narodzenia i Sylwestra. Napisalem ciepla relacje z kilkudniowego pobytu w naszym ulubionym miescie, czyli boskim Buenos Aires. Zrobilem kilkaset zdjec z tegoz miasta, kilka na prawde fajnych, szczegolnie, ze bawilem sie nowym aparatem. Niestety nie dostanie ich nikt do przeczytania i zobaczenia... (Choc te dwie relacje sprobuje napisac od nowa, ale na koncu tego tekstu.)
Zamiast tego, pierwsza relacje z drugiego etapu naszej podrozy w innej czesci globu, zaczne od przykrej przygody. W calym swoim zyciu jestem w podrozy juz w sumie dwa lata w kilkudziesieciu krajach i w koncu mnie tez nie ominelo. Zawsze mowilem, ze mnie tez pewnie to kiedys spotka, choc przyznaje, ze nie myslalem, ze na taka skale. Zostalismy okradzeni. Mimo mojego wrecz maniakalnego przywiazania do malego plecaka, w ktorym trzymalismy aparaty oraz komputer z akcesoriami, stracilismy wlasnie to. Ten plecak byl moja trzecia reka lub drugimi plecami i nie rozstawalem sie z nim nawet na chwile. Chcialem napisac na sekunde, ale wlasnie na sekunde sie rozstalem i to wystarczylo.
Kradzieje
Retiro - glowny dworzec autobusowy w Buenosie. Ogromny, doslownie dziesiatki autobusow odjezdzaja na raz w jednym momencie, a jednak jest swietnie zorganizowany, czysty i wcale niezatloczony (tak jak i cale Buenos). Byl wieczor i mielismy wlasnie odjechac nocnym autobusem na poludnie, w strone slynnej Patagoni. Pol godziny do odjazdu trzeba bylo zabic w pustej poczekalni przy schodach. Podeszlismy do siedzen. Oboje na plecach mielismy duze plecaki, a z przodu male i torbe. Monia polozyla swoj maly plecak i torbe na siedzeniu, a ja kolo nogi, zeby zdjac duze plecaki. W tym momencie przeszedl jakies dwa metry od nas schludnie ubrany mezczyzna w srednim wieku, upusil klucze i zaczal schodzic schodami w dol. Monia zdjela duzy plecak i odruchowo podeszla oraz schylila sie, zeby podac zgube. Taki naturalny, ludzki odruch. Ja nie ruszajac sie zmiejsca, zostalem ze wszytkimi plecakami kolo nog i w zasiegu rak. Spojrzalem w kierunku Moni i tego pana. To bylo najdrozsze spojrzenie w naszym zyciu, kosztowalo nas grube tysiace...
Zobaczylem, ze przez ulamek sekundy ten czlowiek wcale nie chcial kluczy od Moni. Zaswitalo mi w glowie, ze cos tu jest nie tak i momentalnie przypomnialo mi sie, ze czytalem o takim triku zlodziei, ktorzy cos upuszcza lub krzykna, zeby odwrocic uwage. Ale w tym przypadku przeciez ja jestem z plecakami, wiec spoko. Zaniepokojony zerknalem pod swoja noge, gdzie stal nasz najwazniejszy, czerwony plecak. Trudno opisac uczucie pustki i niedowiary, gdy go tam nie zobaczylem. Moglbym porownac to do uczucia, gdy ktos zdejmie zegarek z reki, a generalnie nosi go non stop i nie zdejmuje nawet do spania. Z wrzaskiem do Moni, ze nie ma plecaka, rzucilem sie na schody w pogoni. Choc nie wiedzialem za kim, bo nie widzialem nikogo z moim plecakiem. Ale czlowiek od kluczy wydawal sie jedynym slusznym celem.
Poscig
Gdy z krzykiem wpadlem na schody i minalem sie z Monia, ktora wracala biegiem ze schodow do pozostalych plecakow, byl tam jeszcze jeden ktos. Zbiegal po schodach, a ja za nim. I nagle upuscil cos pod nogi, cos czarnego. Przeskakujac przez to cos zobaczylem, ze to plecak. Ale nie moj czerwony, tylko Moni czarny. Zdezorietnowany co tak na prawde nam w koncu zginelo, zatrzymalem sie, podnioslem ten czarny plecak, rzucilem go Moni. Upewnilem sie, ze Monia jest kolo naszych pozostalych plecakow i nie kreca sie jakies inne typy, czyli jest bezpieczna. Pobieglem na dol w dalsza pogon. Wtedy dolaczylo do mnie juz kilku kolesi sprzedajacych bilety autobusowe w pobliskich kantorkach. Oczywiscie w tlumie nie bylo widac nikogo z naszym czerwonym plecakiem.
Cala sytuacja trwala doslownie kilka sekund. Podchodzimy, zdejmujemy plecaki, brzek upuszczonych kluczy, Monia podnosi klucze, ja sie ogladam na Monie, potem pod nogi, krzycze, biegne.
Agresja
Moje zachowanie zaskoczylo mnie samego. Ci, co mnie znaja wiedza, ze mimo moich rozmiarow (i byc moze groznego wygladu ;) jestem potulnym miskiem, ktory wlasciwie nigdy sie nie bil. Poza kilkoma obowiazkowymi solowkami w podstawowce i wielu miesniaczkom sprzedanym kumplowi z lawki w podstawowce (teraz jest policjantem i ma giwere wiec juz tak czesto tego nie robie) nie mialem do czynienia z zadna przemoca i agresja. Tymczasem wpadlem w szal i z wrzaskiem rzucilem sie w dziki poscig. Potem ze zloscia, krzykiem i obelgami kopalem w plecaki oraz walilem w szyby. Myslalem, ze takie zachowania oglada sie tylko na filmach. A jednak ja tak sie zachowalem. Nie wiem co bym zrobil, gdybym kogos dorwal. I co wtedy oni zrobiliby ze mna...
Odzyskalismy jeden plecak. Ale stracilismy drugi i jak sie okazalo rowniez torbe Moni. Sprzet dla dywersyfikacji ryzyka utraty byl czesciowo w plecaku, a czesciowo w torbie. Na szczescie mamy paszporty, karty kredytowe, wiekszosc gotowki i inne wartosciowe rzeczy. Nic nam sie nie stalo. Straty sa tylko materialne. Bylismy ubezpieczeni, wiec czesc zwroci nam ubezpieczyciel (mamy taka nadzieje...). Mozemy kontynuwac podroz. Tylko, ze bez sprzetu foto, nie ma co podrozowac.
Odkupy – USA, Polska, a moze Paragwaj?
Noc i dzien uplynal nam na zeznaniach na policji argentynskiej i na zakupach (a raczej odkupach, bo przeciez odkupujemy). Zakupach raczej nieudanych. Ceny w Argentynie powalily nas na kolana. Jezeli aparat w Stanach kosztuje X, w Polsce X + 40%, to w Argetnynie X + 80%. Zaczelismy niezle kombinacje. Sciaganie ze Stanow, rozmowy z urzedem celnym w Argentyne; szukanie przez znajomych, ambasade, polonie argentynska jakiegos Polaka, ktory przywiozlby sprzet z Polski.
Rozsylanie maili i smsow do wszystkich znajomych nam ludzi, ktorzy ewentualnie mogliby jechac lub znac kogos, kto wybiera sie do Tangolandu. Poruszylismy ludzi z USA, PL, UK, rodziny i przyjaciol. Kilka osob juz przylecialo na polska lodke na Horn, ale dzien przed kradzieza, wiec zlodzieje sie spoznili. Nie moglismy nikogo znalezc, oprocz ekipy VIPow z wielkiej firmy z Wawy.
Sciaganie z najtanszych Stanow okazalo sie niekorzystne, bo celnicy mowili, ze narzuca pewnie clo co najmniej 50%.
Pojechalismy przez Brazylie do Paragwaju, do jednej z najwiekszych na swiecie stref bezclowych (a tak na prawde to bardziej przemytniczych, bo nie ma to nic wspolnego ze znanymi nam sklepami bezclowymi czy np. San Marino). W 3 dni przejechalismy kilka tys. km, bylismy w trzech krajach, przekraczalismy w sumie 6 razy granice, odkupilismy podstawowy sprzet, ale i zobaczylismy przy okazji wodospady Iguazu ze strony argentynskiej i brazylijskiej.
Ostatecznie, czesc sprzetu nabylismy w Paragwaju, a czesc przywiozl nam uprzejmy rodak z PL, z tej wspomnianej wielkiej firmy. Oswietowalismy to przy piwie nad basenem hotelowym w luksusach obcym nam w tej podrozy. Wyszlismy obronna reka z calej tej awantury, ale nie mamy najmniejszej ochoty powtarzac takiej akcji... Przy okazji chcemy bardzo podziekowac wszystkim, ktorzy nas wsparli w tym czasie pomyslami i realizacja rozwiazania ostatecznego.
Beda foty :)
Zarowno Ciudad del Este w Paragwaju z dzika i niekontrolowana bezlowka jak i wodospady powinny byc sfotografowane. Niestety zdjec nie zobaczycie, bo sprzetu jeszcze nie bylo. Ale teraz zaczynamy wlasciwa podroz po Argentynie i obiecuje, ze bede cykal. A zaczynamy od gauchowskich klimatow w typowych miasteczkach argentynskich i poludniowo amerykanskiego karnawalu :)
Haslo wyjazdu: AHORA AQUI!!
Tranquilo i manana [czyt. trankilo i maniana], to dwa glowne slowka charakteryzujace kulture poludniowo amerykanska. Czyli spokojnie i jutro, bo po co sie spieszyc. A nam przeciez tez jest znane powiedzonko, co masz zrobic dzis, mozesz zrobic tez jutro. Odnosnie tranquilo, to ta podroz juz bardziej byc nie moze. Przeciez od poczatku haslem przewodnim jest go slow, a to jest praktycznie to samo. Maniany nie chcemy jednak stosowac. Za haslo przyjmujemy ahora i aqui [czyt. aora i aki], czyli tu i teraz, a dokladnie teraz i tutaj. Chcemy cieszyc sie kazda chwila tej podrozy, korzystac z kazdego momentu. Nie chcemy do ostatniej chwili myslec, o tym co bedzie jak wrocimy. Wiemy co bedzie, wiec po co zawracac sobie glowe, bedac tyle tysiecy kilometrow i tak wiele kultur od domu. Dlatego zarzadzamy AHORA AQUI!!
Swieta i Sylwester w domu z rodzina i przyjaciolmi
Jak juz wspomnialem przylecielismy z Singapuru do Warszawy na 2 tygodnie, niejako po drodze do Ameryki Poludniowej. To byl swietny czas cieplych (choc na zewnatrz strasznie zimno) i entuzjastycznych spotkan oraz polskiej kuchni oczywiscie. Dziekujemy wszystkim za takie mile przyjecie. Fajnie jest wiedziec, ze nie tylko my tesknimy, jezdzac gdzies daleko od domu, ale ze za nami tez ktos teskni :)
Pobyt w Wawie byl dla nas bardzo wazny. Nie tylko stesknieni zobaczylismy wszystkie buzie. Nie tylko odpoczelismy od podrozowania, przemieszczania sie i kiepskich warunkow, naladowalismy akumulatory do dalszej podrozy. Ale po raz kolejny przekonalismy sie, ze wojaze po swiecie to tylko przygoda i hobby, a nasze miejsce na stale jest w Polsce.
Sam przyjazd i pierwszy dzien w Polsce byl ciekawym doswiadczeniem. Nie chodzi nawet o zmiane temperatury z +35 do -5. Ale o to, ze juz po kilku godzinach w Warszawie, jazdy po miescie samochodem zalatwiajac rozne sprawy, jeszcze w smierdzacych ciuchach z podrozy, oboje w tym samym momencie zdalismy sobie sprawe z jednej rzeczy. Tak jakbysmy nigdzie nie wyjezdzali, jakby ostatnie pol roku bylo jakims filmem, sztuka teatralna. A tu ten sam samochod, ulice, problemy, codziennosc. Nie umiemy sie odniesc do tego uczucia pierwszego dnia. Nie wiem czy bylo to mile uczucie, czy wrecz przeciwnie. Zobaczymy jak to bedzie, gdy wrocimy z podrozy na dobre...
Ja po pol roku zycia spokojnie, bez kalendarza i zegarka, wyciszony po rajskich plazach i klasztorze, za kolkiem auta na warszawskich ulica niemal od razu poddenerwowany zaczalem bluzgac na innych kierowcow. Jezdzilem tez szybko, jak zwykle spieszac sie. Tyle, ze ja sie nie spiesze, nie musze jezdzic szybko i klac na innych. Gdy zdalem sobie z tego sprawe, to sie pohamowalem, doslownie. I od tamtej pory jezdzilem wislostrada wolno jak nigdy wczesniej. I mialem z tego frajde.
Wieczorem pierwszego dnia dotarlismy w koncu do domu. Ach, jak przyjemnie korzystac z czystej domowej lazienki. Wchodzic do brodzika na bosaka (choc jak pierwszy raz korzystalem z kibelka w swoim domu u rodzicow, to odruchowo polozylem papier toaletowy na desce :). Gdy czysci i pachnacy zalozylismy nasze normalne ciuchy, czyli dzinsy, koszulka, sweterek i buty, to oboje stanelismy przed lustrem sztywni i czulismy sie nieswojo. Dwa tygodnie pozniej, gdy plecaki znowu byly spakowane, a my zalozylismy nasze podroznicze ciuchy i wychodzilismy lapac samolot, to znowu czylismy sie nieswojo. Przez ulamek sekundy przeszla mi nawet mysl przez glowe – a moze juz starczy. Ale to byla krotka mysl i wiecej juz nie wrocila. Jedziemy dalej!
Boskie Buenos...
Tak naprawde nie wiemy skad wzielo sie, ze Buenos jest boskie. Caly czas jak tu jestem to brzeczy mi w uszach spiew Kory – Bueeeenoos AAAiresss... O tym, ze dla nas okazalo sie nie takie szczesliwe, to juz duzo napisalismy. Ale prawda jest taka, ze juz ponad 2 tygodnie jestesmy w Argentynie, a kazda pojedyncza spotkana osoba byla przemila. Pani w metrze, sprzataczka w hostelu, pan na ulicy, kierowca autobusu, wpolpasazerka z autobusu podwozaca nas pozniej z rodzina samochodem na stancje, itd., itd. Taka Argentyne pamietam z Traktoriady 5 lat temu. Taka Argentyne chcemy dalej poznawac!
Samo Buenos Aires, co znaczy dobre wiatry, choc dla nas jest bardzo upalne i raczej bezwietrzne, to na pewno jest dobre. Czyste, swietnie zorganizowane, komunikacja miejska super wydajna, ulice na kazdym skrzyzowaniu oznaczone, trawniki przystrzyzone. Po prostu latwe miejsce do podrozowania i na pewno wygodne miejsce do mieszkania. Czy sie mieszka w Buenos, czy tylko odwiedza to miasto, na pewno latwo zapomniec, ze jednak ponad polowa mieszkancow Argentyny zyje ponizej tzw. granicy ubostwa. To dlatego pewnie nigdy wczesniej nie widzielismy tak wielu miejscowych osob chodzacych z plecakami zawieszonymi na brzuchu zamiast na plecach i kurczowo trzymajacymi torby. Kradna na potege.
My to miasto po prostu lubimy. Godzinami mozna spacerowac po waskich uliczkach, jesc pyszne empanady, czyli tradycyjne pieczone pierogi, dostepne wszedzie w Argentynie (pewnie wyjda nam niedlugo bokiem, bo to najtansze jedzenie, wiec jemy prawie codziennie). Zapychac sie pysznymi lodami wloskimi, bo Wlochow imigrowalo tu swego czasu najwiecej, a lody robia tu nawet lepsze niz ich rodacy w Italii. O dobrym jasnym pelnym w litrowych butelkach i wolowinie wspominal nie bede. Zreszta o miesie bedziemy jeszcze pisali, bo slynna argentynska wolowina, najlepsza na swiecie, zasluguje nawet na oddzielna relacje. Tylko tango nas rozczarowalo. W naszym odczuciu to raczej turystyczna papka niz prawdziwe oblicze Buenos Aires. Gdzie tu turysci tam tango, nie udalo sie nam znalezc miejsca, gdzie miejscowi wylacznie dla swej przyjemnosci by tangowali... choc pewnie takie tez sa.
Druga polowa grudnia 2007 i pierwsza polowa stycznia 2008
P.S.1 Snickersy
Jestesmy wlasnie w San Antonio de Areco, typowym gauchowskim miasteczku w Pampie argentynskiej (gaucho to kowboj argentynski), a Monia wlasnie wcina snickersy. Ale to nie sa takie zwykle snickersy. To sa dokladnie te kupione w Bangkoku na moj pobyt w klasztorze buddyjskim. Tam sie nie przydaly, przyjechaly z Tajlandii przez Malezje i Singapur do Warszawy, a teraz koncza swoj los w Argentynie :)
P.S.2 Malo problemow... dolozcie nam cos jeszcze...
No dobra, jak ktos chce nam dorzucic jeszcze jakies problemy, to niech strzela. Nie dosc, ze z ta kradzieza mamy dosc komplikacji, w mieszkaniu w wawie wymiana rur (tu rodzinka spisala sie na same zlote medale, bo o wszystko zadbala za naszymi plecami), to jeszcze padl nasz komputer w wawie. Niby nic, ale ze ukradli nam komputerek w podrozy, to tam w domu byl back-up wielu rzeczy. Poza tym tam byly dowody dla ubezpieczalni do wyplaty kasy za skradzione przedmioty. Ale na szczescie nie tylko tam! Powiem krotko - ku...!