top o serwisie o nas nasza podroz kontakt newsletter strona glowna www.honeymoonstory.net www.podrozposlubna.com
Relacje Moni i przybysza
Przyszła polska jesien, na razie nie złota niestety. My 4 miesiące w domu jesteśmy. I co?
Zdjęcia moni i przybysza
Zdjecia Moni i Przybysza Etap trasy / Galeria zdjęć:



KategorieWybierz kraj:



Jesteś
niezalogowany/a
Zaloguj

Poznaj relacje użytkowników
Relacje Moni i Przybysza
Patagonia
Ach ta Patagonia
Ach ta Patagonia. Ociągałem się przed przyjazdem tu. Właściwie mieliśmy nie jechać. Choć czytałem wcześniej wielokrotnie o Patagonii i wszyscy ją mi zachwalali. W końcu z jakiegoś powodu namówieni pojechaliśmy i my. I tak jak wielu Patagończyków mówi – i zostaliśmy. Co prawda ci Patagończycy zostali na całe życie, a my tylko na kilka tygodni.

Naprawdę jest jakaś magia w tym miejscu. Nigdy nie myślałem, że ja to napiszę, choć tak właśnie opisywali to miejsce inni. To chyba mieszanka bezludnych pięknych krajobrazów, dość suchego, ale jednak w miarę przyjaznego klimatu i ludzi. Ludzie ci nie są ani za bardzo przyjaźni, ani niemili. Po prostu są, trochę obojętni, a trochę życzliwi. Cała Patagonia, ze swoim bezmiarem i odległościami po prostu jest, taka jakby nijaka, a jednak magiczna.

Oczywiście niektórych miejsc w żadnym wypadku nie można nazwać nijakimi. Wspomniane wcześniej parki narodowe, skały i lodowce, są tu jedyne w swoim rodzaju. Przytłaczają swoim rozmiarem, ogromem, kolorami. Długo wędruje się szlakami, a potem godzinami można siedzieć i podziwiać widoki o wschodzie, zachodzie słońca czy w samo południe. Chyba, że przepędzają nas wiejące cały czas niesamowicie porywiste wiatry lub przegrzeje słońce, które przez wyjątkowo tu dużą dziurę ozonową pali niemiłosiernie. Albo deszcz, który potrafi w jednej godzinie na przemian z wiatrem i słońcem umilać wędrówkę. Tylko po to, żeby w drugiej godzinie sypnął śnieg. Jeżeli ani deszcz, wiatr czy słońce nie przeszkadza nam w podziwianiu widoków, to do wstania z wygodnego pnia i ruszenia się z punktu obserwacyjnego zmusi nas perspektywa kilkugodzinnego marszu z powrotem do namiotu.

Lodowce
O tym, że w Patagonii są niezwykłe lodowce wiedziałem od dawna. Ale, że tutaj po Arktyce i Grenlandii jest najwięcej lodu na świecie, to nie miałem pojęcia. Czapa lodowa w łańcuchu andyjskim ciągnie się przez 400 km. A jęzory lodowców w wielu miejscach schodzą w dół, nieraz do samego morza. Najsłynniejszy jest Perito Moreno w parki Los Glaciares w okolicach El Calafate. I nic dziwnego, pionowa ściana lodu schodząca do jeziora ma 60 metrów wysokości, czyli tyle co 15 piętrowy budynek. I porusza się 2 metry dziennie, czyli ponad 700 metrów rocznie. Dlatego wielkie kawałki lodu codziennie odrywają się ze ściany i z wielkim hukiem wpadają do wody, tworząc fale. I do tego jeszcze ten czyste granatowo – błękitno – biały barwy lodu.

Samo patrzenie nam nie wystarczyło. Poszliśmy na jeden z popularnych treków po lodowcu pod słynną strzelistą Cerro Torres w okolicach El Chalten. To wyczerpujący kilkunastogodzinny trek z przeprawianiem się przez rzekę na linie. Potem zakładają ci na buty raki, uczą jak w nich chodzić i jazda. Warto spróbować, bo to fajne przeżycie chodzić okrakiem między szczelinami, zaglądać do głębokich na kilkadziesiąt metrów błękitnych studni, do których spływa czyściutka woda z dopiero co rozpuszczonego lodu. Wszędzie w Patagonii jest ta woda lodowcowa. Pije się ją bezpośrednio z kranu, z jeziora, z rzeki czy z lodowca. Super to wygodne i oszczędza sie na kupowaniu wody w butelkach do picia, bo butelki można napełnić w każdym strumyczku na szlaku.

Pod koniec wyprawy po lodowcu dostaliśmy po dwa czekany i po krótkiej instrukcji i pokazie wspinaliśmy się po pionowej ścianie lodowca. Łatwizna. Oczywiście gdy to zabawa, bo wielogodzinnej wspinaczki gdzieś wysoko, tak jak robią to himalaiści, to trudno sobie wyobrazić.

Skaliste wieże, słynne góry
El Chalten to taka mekka wspinaczy i łazików górskich. My też zostaliśmy kilka dni, a chciałoby się dłużej. Szczególne emocje wzbudza góra Fitz Roy. Zresztą zobaczcie zdjęcia z tą skałą górującą nad lazurowymi jeziorami i błękitno – białym jęzorem lodowca.

Ale przyznaję, że wędrując tutaj, przypominały mi się nasze Tatry i Beskidy. Nie ma co prawda spektakularnego Fitz Roya i lodowców, ale Czarny Staw, Zawrat czy Mnich nie mają mniej uroku. A wejście pod Fitz Roya przypomina wejście na Rysy z Czarnego Stawu. I nigdzie nie znaleźliśmy takich schronisk jak w polskich górach. Znany Murowaniec w Tatrach czy Błatnia w Beskidach i wiele innych. Ten klimat, atmosfera, smak. Jak wrócimy na pewno pojedziemy w polskie góry, szczególnie na jesieni. Kto jedzie z nami? ;)

Park Narodowy Torres del Paine
Wracając do Patagonii. Przeniesiemy się teraz do jej najbardziej południowej części, ale już po stronie chilijskiej. Tutaj z całego świata przyjeżdżają turyści – wspinacze i zwykli miłośnicy gór – do parku Torres del Paine. Kilkudniowe, stosunkowo nietrudne treki, choć męczące i w nieustannie zmieniającej się pogodzie przyciągają amatorów górskich szlaków. Nie mogło i nas tam zabraknąć. I znowu lodowce i kolorowe strzeliste skały nad lazurowymi jeziorami. Nuda, nie?... :)

Z ciekawostek – te polodowcowe, wielkie i głębokie jeziora zawdzięczają swój wyjątkowo kolor jakimś minerałom, które wyciera poruszający się po skale lodowiec. Następnie spływają one strumykami z wodą z rozpuszczającej się dzień w dzień warstwy lodu.

Pingwiny
Pingwinów w Patagonii są miliony, głównie takich małych śmiesznych, tzw Magellanic. Można je oglądać choćby na Peninsula Valdes, w okolicach cieśniny Magellana i na Chiloe. Ja wybrałem sie na plaże w pobliżu Puerto Natales. Takie kaczki w garniturkach. Co mam więcej napisać...?

Obraz
W Punta Arenas, w mieścinie, która gdyby nie pobliskie Torres del Paine byłaby zapomniana przez świat, jedliśmy śniadanie w małej hostelowej knajpce z kilkoma stolikami. Niby nic takiego. Ale Moni spodobały się obrazy wiszące tam na ścianach. Okazało się, że maluje je właściciel i zarazem jedyny kucharz tej restauracyjki. Długo trwały negocjacje. Stanęło na tym, że musiałem wyjąć z mojej skrytki ostatniego zaskórniaka w dolarach, a w Los Antiguos (o którym dalej w tej relacji) w małym lokalnym Leroy Merlin musiałem kupić rurę PCV. I teraz noszę tą wystającą z plecaka rurę, a w niej olejny obraz zdjęty ze ściany przez kucharza (no dobra, mi też się podoba, tylko czemu na tym końcu świata kucharz ceni swój obraz tyle co w Europie, może dlatego, że mu nie zależy). Mamy więc już trzy obrazy do naszego domu, jeden to prezent ślubny i przedstawia żaglówkę z plażą i panną, drugi jest z Indonezji, a trzeci od kucharza z południa Chile. Ale nie mamy jeszcze domu i wielu innych urządzeń domowych, które zwykle dostaje się w prezentach ślubnych... Mamy za to stronę internetową i mnóstwo zdjęć :) (i jeszcze siebie mamy też... cały czas).

Znowu o autobusach i pieniądzach
I nadszedł w końcu ten moment, którego się obawiałem. Po przejechaniu Patagonii z północy na południe i zmęczeniu kolan oraz mięśni na szlakach, zapełnieniu wszystkich pamięci zdjęciami gór, musimy wrócić na północ. Przed nami dziesiątki godzin na tyłkach w kosztownych autobusach z niezmieniającym się, dobrze nam już znanym krajobrazem za oknem. Tym razem drogie samoloty wykraczają niestety poza nasze już nadwyrężone możliwości budżetowe. Minus w naszym rachunku przychodów i wydatków zaczyna rosnąć. A skarbówka nie rozpieszcza nowożeńców i w prezencie ślubnym zaproponowała dopłaty do PITów 2007 :( Może Tusk, ze swoimi ziomkami, na których z wielkim trudem głosowaliśmy w Malezji, wykorzysta to na centymetr nowej autostrady. Chociaż na milimetr, byle zaczęli budować!

Ostatni kontynent
Torres del Paine, chociaż leży prawie na samym południu Chile i kontynentu południowoamerykańskiego, to znajduje się po środku terytorium długiego Chile. Jest jeszcze jeden region. Ostatni kontynent, na którym jeszcze nie byłem – Antarktyda. A spora część Antarktydy należy do Chile. Najtaniej i najłatwiej dostać się na Antarktyde właśnie z południa Ameryki lub Nowej Zelandii. Choć byłem w obu miejscach, to nie udało mi się. Powód oczywisty. Jak nie wiadomo o co chodzi, to przecież chodzi o kasę. Taniość jest relatywna. W tym przypadku najtaniej znaczy kilka tysięy USD za kilkunastodniowy rejs. Zostawimy sobie Antarktyde na emeryturę. A może zafundujemy sobie prezent na złote gody? Albo lepiej srebrne, bo podczas złotych będziemy za starzy na lody ;)

H jak H...
Jest jeszcze jedno miejsce na południu Ameryki, o którym nie możemy nie wspomnieć. Horn, przylądek Horn. Opłynięcie Hornu to marzenie wielu żeglarzy. Choć mamy wrażenie, że głównie polskich żeglarzy. Polacy potrafią przelecieć pół świata za kupę pieniędzy na Ziemię Ognistą, wsiąść na jacht na tydzień czy dwa, opłynąć Horn i wrócić do domu. To w Polsce tyle się mówi o Hornie. To powód do dumy. Nie słyszeliśmy nic o Hornie od innych żeglarzy. Chyba, że w opowieściach o odkrywcach, Magellana i innych w tych okolicach. W tym tygodniu Polak opłynął jako pierwszy Horn odkrytym pontonem. Gratulujemy! Ale po co?...

Skoro wspomniałem już o Magellanie, to jeszcze wypadałoby napisać o cieśninie Magellana. Szukaliśmy jachtu, gdzieś tu w okolicach, bo chcieliśmy pożeglować w pobliżu Ziemi Ognistej, cieśniny Magellana, a może dalej przez fiordy chilijskie i lodowce na północ wzdłuż Chile. Niestety nie udało nam się. Jachtów tu niewiele. A może stety, a nie niestety. I nie tylko mam na myśli zimno i silne wiatry. Ale jeden z jachtów, z którym kontaktowaliśmy, żeby dołączyć do załogi, polski jacht Bona Terra, zatonął w zeszłym tygodniu podczas próby opłynięcia... Hornu oczywiście. Samotnie żeglujący kapitan został uratowany przez kuter rybacki. A jednak Horn dał znowu znać o sobie. A z żoną kapitana rozmawialiśmy przez telefon tylko kilka tygodni wcześniej.

Carretera Austral
Z Patagonią długo się żegnaliśmy. Nie da się w ogóle przejechać w Chile z południowej części Patagonii chilijskiej do północnej. Są tam same fiordy, lodowce,góry i nie ma żywej duszy, a tym bardziej drogi. Trzeba jechać przez Argentynę i to zwykle bardzo okrężną drogą, bo najłatwiej wrócić aż do wschodniego wybrzeża Argentyny nad Atlantykiem, tylko po to, żeby potem wrócić do Andów, przekroczyć granicę i dojechać do zachodniego wybrzeża chilijskiego, czyli na Pacyfik. Tak też zrobiliśmy. I znowu było warto. Granicę przekroczyliśmy, przejeżdżając z Los Antiguos do Chile Chico. Tam uciekł nam prom przez jezioro. I znowu okazało się, że nie ma tego złego, bo górska droga z Chile Chico do małej miejscowości Puerto Guadal to jeden z najładniejszych przejazdów w całej naszej podróży. Ostre góry, jeziora, przepaści, piękna pogoda, po prostu cudnie (choć strasznie cierpiałem w małym, starym busie z kolanami pod brodą na zakrętach i wertepach szutrówki). Puerto Guadal to zabite dechami pueblo. Ale bardzo przyjemne i ludzie prawdziwi. Niestety nie zabawiliśmy tutaj długo, musieliśmy jechać dalej.

W ten sposób wjechaliśmy na Carreterę Austral, czyli chilijski odpowiednik słynnej argentyńskiej Ruty czterdziestej, drogi ciągnącej się wzdłuż Andów. I o ile bardziej znana i popularna jest Ruta 40, to Carretera Austral jest naszym zdaniem atrakcyjniejsza, a przede wszystkim zupełnie inna. Różnica jest niesamowita. Ruta 40 po wschodniej stronie Andów to setki, tysiące kilometrów patagońskiej pustyni i skalistych gór, praktycznie nic tu nie ma. A Carretera Austral, po zachodniej stronie Andów to wiecznie zielony, bardzo zielony i piękny region. Powtórzę jeszcze raz, pierwsze dni w Chile i przejazd od Chile Chico, dalej przez Coyhaique aż do Chaiten, to jeden z najpiękniejszych naszych przejazdów. Choć niełatwo się tu dostać i stąd wydostać. Niestety nie mogliśmy tu zabawić zbyt długo, a jest kilka bardzo fajnych i jakby zapomnianych lub jeszcze na dobre nieodkrytych parków.

W sumie kilka dni zajęło nam przyjechanie do największego miasteczka na Carretera Austral, Coyhaique. Jechaliśmy głównie szutrowymi drogami, czasem wąskimi tylko na jeden samochód. Potem znowu 2 dni busem i promem zająło nam wyjechanie stamtąd. Trafiliśmy na sobotę, dzień zakupów, spacerów po ulicy, obiadów w knajpkach. Ale głównie zakupów, ogromnych zakupów. W supermarkecie długie kolejki były cały dzień. Całe rodziny pakowały produkty do kilku wózków. Nie wiemy, czy to przyjechały rodziny z dalekich miejscowości, czy tak jest w każdy weekend, czy to tylko fenomen ostatniego weekendy wakacji. Ale fakt faktem, ze Monia pierwszy raz od 10 miesięcy stała godzinę w kolejce do kasy w supermarkecie.

Ale najbardziej zaskoczył nas darmowy, bezprzewodowy internet w centrum miasta dla wszystkich. I autentycznie widzieliśmy na ławkach w parku ludzi z laptopami. Nie jakichś młodych yuppies czy eleganckich prezesów w garniturach, takich tu nie ma. Zwykłych chilijczyków, starszych, którzy wyglądali, jakby prosto z gór przyjechali. Pomyśleć tylko, że w niektórych miejscach w Warszawie nie ma możliwości zainstalowania szybkiego internetu, np. u moich rodziców na Białołęce. Mamo, przyjedź do Coyhaique, odpal Skype, to pogadamy. ;)

Pa Pa Patagonio
Przygodę z Patagonią zakończyliśmy na promie z Chaiten do Puerto Montt. Oprócz nas i innych turystów byli tirowcy, lokalsi i stado krów. Ale co za walkę trzeba było stoczyć, żeby dostać się na prom! Nie ma innej możliwości wydostania się z tej części Chile (no jest jeszcze samolocik). A kilkunastogodzinną przeprawę promową obsługuje tylko jedna firma, czyli mamy tu przypadek super prosperującego monopolu robiącego z klientami, co chce. Przepadają rezerwacje, promy są odwoływane, a potem przywoływane, godzina odpłynięcia zmieniana na chwilę przed odpłynięciem. Szopki. Niektórzy całe tygodnie czekają, aż się załapią na prom. Ale Monia dzielnie walczyła, stała pierwsza w kolejce, stworzyła listę oczekujących rezerwowych, na której byliśmy pierwsi. Polska zaradność mojej żony była górą! :) Spotkaliśmy tam Norwegów, którzy od tygodnia nie mogli się stamtąd wydostać. I popłynęliśmy. Gdzie? O tym w kolejnej relacji :)

Luty 2008


Zobacz zdjęcia z drogi po Patagonii i z typowego miasteczka i pingwiny
kliknij tutaj

Zobacz też zdjęcia z Calafate i Torres del Paine
kliknij tutaj

I zdjęcia z Chalten i Fitz Roya
kliknij tutaj

I jeszcze foty z Carretera Austral, chlijskiej Patagonii
kliknij tutaj