Dwie nowe relacje i kilka zdjęć
Z Peru do Peru
Ostatnie kilka dni w drodze do Yurimaguas w dżungli z Mancory na wybrzeżu peruwiańskim mieliśmy wrażenie jakbyśmy nie tylko przejeżdzali przez różne kraje, ale nawet kontynenty. Z bardzo suchego, pustynnego i zakurzonego wybrzeża, w kilka godzin wjechaliśmy w wysokie, zielone Andy. Najpierw były to skaliste i piaskowe góry, ale im dalej i wyżej wjeżdżalismy, robiło się bardziej zielono i przyjemnie.
Dojechaliśmy w końcu do Chachapoyas. Nie było to takie łatwe, bo jedyna droga dojazdowa prowadzi przez wąską i głęboką dolinę, a szosa jest w budowie. Oznacza to, że cały dzień droga jest zamknięta i trwają prace, a dopiero w nocy drogowcy idą spać i kierowcy oraz podróżni jadą w trasę. Tu już nie ma autobusów, więc nocny przejazd przez góry musieliśmy odbyć taksówką.
Regionalną atrakcją turystyczną jest twierdza Kuelap, takie mniejsze Machu Picchu przedinkaskiej kultury Chachapoyasów. Niewątpliwie urok tego miejsca jest zwielokrotniony przez to, że przyjeżdża tu mniej więcej tylu turystów w roku, co na Machu Picchu w ciągu dnia. Trzygodzinną trasę szutrówką przez góry do Kuelap musieliśmy odbyć znowu taksówką. Jakoś tak się złożyło, że naszymi towarzyszami w niewielkiej toyocie byli starsi, kaszlący i schorowani Belgowie. Ale nie przeszkodziło to nam w podziwaniu twierdzy. Podobnie jak Machu Picchu wybodowana została z kamienia na szczycie góry. Jest równie tajemnicza i zachęcająca do kilkugodzinnego szwędania się między starymi murami.
Z Kualap i Chachapoyas przebijaliśmy się dalej na wschód przez te same, dobrze nam znane od kilku miesięcy Andy. Ale im bliżej zbliżaliśmy się do miasta Tarapoto, im niżej zjeżdżaliśmy z gór, tym bardziej wszystko się zmieniało - inna roślinność, tropikalne powietrze, inne domy, inni ludzie. Z każdą godziną drogi robiło się coraz bardzej płasko i zielono. Mieliśmy wrażenie jakbyśmy wyjechali z południowo amerykańskiego Peru i wjechali do któregoś z krajów azjatyckich, np. do Laosu czy Kambodży. Gdy kolejnego dnia jechaliśmy znowu z braku jakiejkolwiek publicznej komunikacji taksówką do Yurimaguas, to coraz bardziej czuliśmy się jak w Azji. Takie są nasze pierwsze wrażenia z Amazonki, czy też z Selwy, bo tak nazywają ten region Peruwiańczycy.
Ostatni odcinek drogi taksówką był pięknym przejazdem przez ostatnie góry. Najpierw, gdy ruszaliśmy, kierowca i pozostałych dwóch lokalnych współpasażerów przeżegnali się. Pierwszy raz widzieliśmy coś takiego w Peru i zastanawialiśmy się dlaczego. Trasa ta słynie w Peru jako jedna z najpiękniejszych, ale i najniebezpieczniejszych dróg w tym kraju. Ale wszyscy mówili, że napady zdarzają się głównie w nocy. A dzisiaj jest niedziela, jedyny dzień, kiedy budowana droga jest otwarta w dzień. Jedziemy więc w środku dnia.
Szybko przekonaliśmy sie, o co chodziło. Niedokończona, odcinkami zabłocona, wąska droga prowadzi przez strome góry. Niezabezpieczone zakręty straszą zapadniętymi urwiskami. Kierowca dwudziestoletnią toyotą jedzie z piskiem opon na zakrętach. Ten pisk ledwo przebija się przez wyjące z głośników peruwiańskie disco polo. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się, żeby zobaczyć leżący na dachu w rowie samochód, który wylądował tam dnia poprzedniego. Zapytaliśmy kierowcę o pasażerów tamtego auta. Mówił, że wszyscy żyją. Ale zaraz dodał, że gdyby spadli na drugą stronę drogi, gdzie była przepaść, to oczywiście koniec byłby inny. Potem ulitował się nad nami i włączył hity z lat 80-tych po angielsku, na szczęscie w oryginalnym wykonaniu, a nie popularne tu przeróbki hiszpańskie.
Przejazd do Yurimaguas, choć nie należał może do najbezpieczniejszych, to tak na prawdę nie wyróżniał się większym ryzykiem od setek kilometrów innych dróg w Ameryce Południowej. Zresztą ja zawsze powtarzam, że to nie w Peru, ale w Polsce w zeszłotygodniowy pierwszy weekend majowy na drogach zginęło około 50 osób, a rannych było kilkaset. Ale nie to jest istotne. Najważniejsze, że w te kilka godzin w taksówce pożegnaliśmy się ostatecznie z Andami i przywitaliśmy z amazońską niziną.
Jeszcze jedno. To był nasz ostatni przejazd w tej podróży dookoła świata. Teraz będą już tylko rzeki, a potem samoloty do domu. Przyznam, że mam serdecznie dość cholernych autobusów po drogach w krajach Trzeciego Świata. Z wielką przyjemnością usiądę wygodnie sam za kółkiem samochodu na naszych europejskich drogach. I postaram się nie zauważać, że jakość polskich dróg często wcale nie jest lepsza niż tych tutaj.
Yurimaguas leży w północno-wschodnim Peru. Tutaj kończy sie cywilizacja, tzn. kończy się droga i dalej jest już tylko rzeka, Amazonka. Zaczyna się wielki las, tzw. płuca Ziemi. Trzeba płynąć około dwóch tygodni do kolejnego miasta z drogą, do Manaus w Brazyli po drugiej stronie dżungli amazońskiej.
Od razu po zamelinowaniu się w hostelu pobiegliśmy do portu na rzece. Stąd bierzemy statek rzeczny, tzw. lanczię i płyniemy głębiej w dżunglę amazońską. Marzyłem o tym od wielu lat. A dokładnie od kiedy pierwszy raz czytałem z wypiekami na twarzy przygody Tomka Alfreda Szklarskiego, który najpierw płynął Amazonką, a potem jej dopływem Ucayali. My będziemy płynęli dokładnie odwrotnie.
Jest senne, gorące niedzielne popłudnie, typowe dla każdego miasteczka w tropikach. Zamknięty jest już targ i sklepy. Choć po ulicach ciągle kręcą się ludzie i jeżdżą mototaxi, to panuje względny spokój. Jak na biedny region kraju Trzeciego Świata, to Yurimaguas jest dość czyste i zadbane. Po znalezieniu łódki i dogadaniu się kiedy odpływa, udaliśmy się na zasłużony posiłek. Lubimy bardzo kuchnię peruwiańską i chcemy zjeść normalny peruwiański lunch, szczególnie, że w regionie Amazonki są inne, nowe dla nas potrawy w porównaniu do pozostałych regionów Peru.
Okazuje się, że w całym miasteczku czynna jest tylko jedna knajpa. Chińska. Chińczycy jak zwykle pracują, nawet wtedy gdy inni odpowczywają. Knajpa jest cały czas pełna, a dania są wielokrotnie droższe niż w typowych knajpach peruwiańskich. Właściwie gdziekolwiek nie byliśmy na świecie, zawsze spotykaliśmy Chińczyków. Zawsze gotowych do obsługi i sprzedaży. Na niewielkich Wyspach Salomona niemal każdy sklep prowadzony jest przez Chińczyków. W Indonezji Chińczycy też mają w ręku większą część biznesu. Tyle ostatnio mówi się o rosnącej potędze chińskiej. Jak widać nie trzeba jechać do Chin, żeby zrozumieć skąd to się bierze.
Nie tylko musieliśmy coś zjeść. Trzeba było koniecznie zakonserwować nasze organizmy. A nic lepiej nie konserwuje w tropikalnej parówie niż duże i zimne piwo! Wybaczcie więc jeżeli nakręciłem coś w tej relacji, ale zimne piwo w południe w tropikalnym gorącu, tak samo dobrze smakuje, jak kręci w głowie. Nie męczę więc więcej i idę się położyć. Albo może najpierw pokonserwuję się jeszcze.
Odpowiednio zakonserwowany siadam na fotelu i piszę dalej. Słońce zachodzi i robi się zadziwijająco przyjemnie jak na tropiki. Robi się po prostu chłodno i nie ma komarów, przynajmniej jeszcze. Hitem kulinarnym północno wchodniego Peru jest dla mnie cecina i chorrizo. Cecina to grillowana wieprzowina. Ale jest przepyszna, krucha i nietłusta. Miejscowi kucharze osiągają ten wyjątkowy efekt podwędzając mięso przed jego grillowaniem. Może jeszcze je troche marynują w jakiś przyprawach. Nie jestem pewien, bo nie do końca zrozumiałem jak tłumaczyli. Chorrizo to grillowana kiełbasa. Nie mam pojęcia co to za kiełbasa, ani jak jest przygotowywana. Grunt, że smakuje wybornie. Oczywiście podlewana jak należy wspomnianym wcześniej konserwantem.
Opisywane północno wschodnie Peru, w którym kończymy naszą podróż ma jeszcze jedną ogromną zaletę. Jest to region mniej zaludniony, miasta są niewielkie i nie ma zbyt wielu turystów. Gdy zapytałem rykszarza, który czeka na dworcu autobusowym na przyjezdnych czy teraz jest dużo turystów, odpowiedział, że tak. Na pytanie ilu dziennie przyjeżdża, stwierdził z dumą, że tak sześciu, może ośmiu. A w Machu Picchu jest kilka tysięcy. Dzięki temu jest tu bezpieczniej, a miejscowi są przyjemniejsi i jakby bardziej uczciwi. W Chachapoyas i Tarapoto pierwszy raz w Peru, wszyscy miejscowi zapewniali nas, że tu jest bezpiecznie i spokojnie. W każdym innym miejscu w Peru tylko ostrzegali. Nawet przewodnik pierwszy raz nie straszy grożącymi niebezpieczeństwami.
Jesteśmy już dwa miesiące w Peru, a nie wspominaliśmy jeszcze o kontaktach Moni z macho peruwiańskimi. Rzadko zdarza nam się chodzić gdzieś osobno. Ale za każdym razem, bez wyjątku, gdy Monia pójdzie gdzieś sama, to zaczepia ją jakiś koleś. Nawet gdy w kafejce internetowej przydzielą nam komputery w dwóch różnych salach, to facet siędzący obok niej i nie wiedzący o mojej obecności zaraz ją zagaduje. Nie są to świńskie pogwizdywania tyko kultularne i sympatyczne zagadywanie. Moja żona szybko jednak ucina, że mąż na nią czeka (przynajmniej tak twierdzi) i ci podrywający od razu pochmurnieją i z żalem, ale spokojnie, wycofują się.
Było o Moni i podrywających ją kolesiach, to może teraz kilka słow o mnie i o dziewczynach. Cóż, mnie nikt jak do tej pory w Peru nie podrywał. Może nie jestem w ich typie, może za bardzo owłosiony i za duży? Ale nie mogę się powstrzymać przed wspomnieniem recepcjonistki w naszym hotelu w Tarapoto. Była najładniejszą przedstawicielką płci pięknej jaką widzieliśmy przez dwa miesiące w Peru. Mówię wiedzieliśmy, bo Monia to potwierdza. Gdyby to nie była podróz poślubna, to pewnie zostałbym w Tarapoto dłużej. A tak żonaty, nawet zdjęcia nie mogłem zrobić, żeby Wam pokazać.
Początek maja 2008
Przeczytaj relację o Inkach i pływających wyspach
kliknij tutaj
Zobacz zdjęcia z Machu Picchu i z wysp pływających
kliknij tutaj