top o serwisie o nas nasza podroz kontakt newsletter strona glowna www.honeymoonstory.net www.podrozposlubna.com
Relacje Moni i przybysza
O Inkach w Machu Picchu i Urosach na pływających wyspach
O tym jak zmienia się Peru i jak dojechaliśmy do dżungli amazońskiej

Teraz na poczatku lipca:
Od miesiaca jestesmy juz w domu, a od trzech tygodni w pracy. Jest fajnie, jest inaczej, na razie nie skomentujemy tego wiecej...
Zdjęcia moni i przybysza
Zdjecia Moni i Przybysza Etap trasy / Galeria zdjęć:



KategorieWybierz kraj:



Jesteś
niezalogowany/a
Zaloguj

Poznaj relacje użytkowników
Relacje Moni i Przybysza
Bali i Jawa
Jestesmy backpackersami :)
W koncu rozpoczelismy podrozowanie backpackerskie! Od wyjazdu z Polski nie czulismy sie jeszcze tak na prawde backpackersami. Czas na lodce na Pacyfiku byl dla nas wielkim podrozowaniem, ale zupelnie innym niz backpacking. Potem Australia, Singapur... To nie do konca to.

Dopiero teraz po calym dniu w lokalnych autobusach, z plecakiem, bez turystow, bez McDonaldsa i magnuma, a za to w lokalnych barach, z problemami z dogadaniem sie, bo malo kto mowi po angielsku, a my jeszcze nie opanowalismy bahasa indonesia... Teraz odzylismy i czujemy, ze podrozujemy! Probujemy opanowac podstawowe zwroty w ich jezyku (tolong - prosze, mahal - drogo, tehri makasih - dziekuje, satu - jeden, tidak - nie dziekuje, ...) nauczyc sie lokalnych potraw (nasi goreng - smazony ryz z czyms, mie goreng - smazony makaron chinski z czyms, satey - szaszlyczki z kurczaka w sosie orzechowym, kopi susu - kawa z mlekiem, ...). Probujemy nie dac sie orznac na kazdym kroku, bo bez znajomosci lokalnych cen i zasad wielu (na szczescie nie wszyscy) chce nas wykolowac. Pokoj w hotelu bez muszli klozetowej, ale z dziura i miejscem na stopy (to chyba najtrudniejsze dla takiego zachodniego mieszczucha jak ja), prysznic to wanienka z woda i kubelek do polewania (w sumie pod dwoch miesiaca slonego prysznica w oceanie to i tak luksus). Do tego Indonezja to najwiekszy kraj muzulmanski na swiecie, a ja bylem tylko w Egipcie i to 15 lat temu, a Monia 10 lat temu w Maroku. Czyli poznajemy nowy swiat. Zaczynamy nowy etap naszej romantycznej podrozy poslubnej. Tak, po przygodach w wiosce w Papui, znowu podrozujemy!! :)

Choc w piata godzine w goracym, zadymionym dymem papierosowym, trzesacym, wyprzedzajacym na gorskich drogach na trzeciego autobusie, na glodniaka, z bolem glowy, z wlaczonym na caly regulator karaoke i kolejnymi grajkami wsiadajacymi do autobusu (jeden z wlasnym mikrofonem) mielismy mysli, zeby jutro wsiasc w samolot i pozostale 9 miesiecy ;) podrozy spedzic na naszych ukochanych Mazurach. Ale przed nami wedrowka na jeziora siarkowe, aktywne wulkany, 3-dniowe pogrzeby ze skladaniem ofiar z bykow oraz wiele innych kulturowych przezyc i obserwacji dziwow natury. Jedziemy dalej! Mazury nie uciekna. ;)

Slynne (marne) Bali
Nasza przygoda z Indonezja zaczela sie na Bali. To najslynniejsza i najbardziej turystyczna wyspa Indonezji. Co ciekawe, jest niewielka, lezy po srodku archipelagu indonezyjskiego, i jest prawie w 100% hinduska enklawa w tym najwiekszym kraju muzulmanskim. Zreszta praktycznie cala Indonezja byla kiedys hinduska zanim stala sie muzulmanska, niezle, nie? Tak czy siak kulturowo na pewno ciekawe Bali nas znudzilo i uciekalismy stad po 5 dniach. Slynne plaze i kurorty sa pelne turystow, a tak na prawde nie ma ani super wyjatkowych plaz, ani kurorty nie sa wygodnymi oazami dla turystow. Po calym dniu na motocyklu, lapowkach dla policji, kilku ciekawych wioskach i swiatyniach hinduskich oraz wulkanie, bylismy gotowi zmienic wyspe. Tylko gdzie...? Po calym dniu czytania i dyskusji - jechac na wschod, czyli wyspy Lombok, Flores, Komody? Czy na zachod, czyli Jawa? Jedziemy na Jawe, ale glownie przez problemy zwiazane ze zbyt krotka wiza i koniecznoscia szybkiego wyjechania z tego kraju. Do zobaczenia wiec na Jawie! :)

Wschodnia Jawa - wulkan i siarkowe jezioro
Przed przyjazdem na wschodnia czesc Jawy czytalismy na forum, ze ludzie sa wyjatkowo przyjazni. Mozemy to potwierdzic, sa super! Jestesmy w miasteczku Bondowoso drugi dzien i nie ma zadnych turystow. Wyobrazcie sobie spacer wieczorem Marszalkowska, gdzie co druga osoba Was pozdrawia, co trzecia przybija piatke, a co czwarta lamanym angielskim probuje zagadadc. I tak spacerujemy wymieniajac pozdrowienia i usmiechy, nawiazujac krotkie konwersacje. Znamy juz lokalnego restauratora (czytaj wlasciciela malego baru), straganiarza sprzedajacego smazone pierozki z tofu, rykszarza, a dokladnie beciakarza, bo ryksza w Indonezji to becak (czyt. beciak).

Hello Misterrrrr
Ciagle slyszymy krzyk "hello Misterrrrr", z wyraznym zaakcentowaniem "r". Co ciekawe pozdrawiaja tylko mezczyzni oraz dzieciaki i tylko mnie. No, ale to kraj muzulmanski i moze dlatego... Pozniej sie okaze, ze w calej Indonezji wszyscy tak pozdrawiaja bialych ludzi. W zadnym z 46-sciu krajow, w ktorych bylem do tej pory, nie spotkalem sie z tym (ostatnio w autobusie sie nudzilismy i liczylismy, gdzie juz bylem :).

Kawah Ijen - wulkan i jezioro siarkowe
Dzis byl dlugi i pelen wrazen dzien. Pobudka o 5 rano i zimny prysznic. 5:30 sniadanie - smazony ryz i piekielnie mocna, swieza z pobliskiej plantacji, indonezyjska kawa. O 6 mieli przyjechac nasi mlodzi przewodnicy - Dori i Edi. Spoznili sie i myslelismy, ze nas wystawia, ale nie wazne. Jedziemy do Kava Ijen, siarkowego jeziora w kraterze wulkanu na wys. 2380 metrow.

Dwie godziny drogi dzipem po okropnych drogach w zakurzonym i zadymionym papierochami samochodzie. W Indonezji pala wszyscy mezczyzni i wszedzie, w autobusach, w kafejce internetowej, itd - jak mowi Monia - raj dla palaczy. Na szczescie ich szlugi sa chyba bardziej naturalne, bo troche mniej smierdza - jakas mieszanka tytoniu z gozdzikami. Dojechalismy. Jeszcze dwu-godzinna wedrowka pod gore. Mijamy pracownikow kopalni siarki. Wydobywaja ze skal wokol jeziora siarke, totalnie bez zadnego sprzetu - golymi rekami i w klapeczkach. Wkladaja ja do koszy przywiazanych do dwoch koncow kija. Zarzucaja to sobie na ramie - 90 kg! Ida pod gore do krawedzi krateru, a potem w dol do jeziora. Cholerna robota...

Najpierw czujemy narastajacy smrod siarki. Potem widzimy dym, a w koncu dochodzimy do krawedzi krateru. Widzimy przepiekne jezioro wypelniajace caly krater. Kolory w jaskrawym rownikowym sloncu na tej wysokosci sa wyjatkowo ostre. Od jasnozoltego koloru siarki, jaskrawo-bialego dymu i czerwonego ognia buchajacego z krateru, po rozne kolory niebieskiego i turkusowego samej wody (ktora jest ponoc tak toksyczna, ze po wlozeniu reki nie da sie jej wyjac - rozpusci sie) granatowego nieba i szarych skal. Mamy chustki na twarzach, ale smrod jest nie do wytrzymania. Chcemy zejsc na dol do jeziora, ale miejscowi mowia, ze dzis dym jest wyjatkowo toksyczny, a poza tym silny wiatr rozwiewa go na wszystkie strony. Mimo wszystko zaczalem schodzic w dol. Ale zrezygnowalem, gdy nasz "dzielny" przewodnik Dori zostawil mnie i uciekl. Trudno, nic na sile... Wracamy... Choc te biedne chlopaki wydobywajacy siarke schodza na dol tak czy inaczej. Nie maja wyboru...

Na dole pod wulkanem chcemy z Monia zobaczyc gdzie dokladnie zanosza siarke i jak to wyglada. W ten sposob trafiamy do lokalnego baru, czyli chatki zbitej z desek, w srodku ktorej jest palenisko. Dziewczyna, ladna dziewczyna, smazy pierozki tempe i hong kong. Pycha! Siedzimy z jej rodzina, rozmawiamy, smiejemy sie, robimy zdjecia. Nie wiem jak to mozliwe, ale mowia, ze pierwszy raz turysci przyszli do nich, a pewnie kilkadziesiat turystow dziennie wchodzi na gore do krateru. Nasz przewodnik Edi obiecuje, ze jak przeslemy mu zdjecia, to on je wyydrukuje i przywiezie tej rodzinie. Na pewno bardzo sie uciesza. :)!

Edi to ciekawy trzydziestolatek. Uczy w Bondowoso angielskiego (choc sam mowi srednio, ale lepiej od wszystkich innych), jest architektem (to moze mocno powiedziane, ale faktycznie widzielismy jego rysunki), swietnym przewodnikiem, a przede wszystkim po prostu sympatycznym i uczynnym facetem. Uczy sie wlasnie internetu, tzn. wysyla swoje pierwsze maile. Kilka rzeczy mu pokazalismy. Zakochal sie biedak w osiemnastoletniej Szwajcarce, ktora razem z jej rodzina obwozil po okolicy. Na razie pisze maile z jej ojcem i nie zdaje sobie sprawy, ze nic z tego nie bedzie... Nasz glowny przewodnik - Doris - to tchorz, cwaniak, nieudacznik i straszny klamczuch. Byl ponoc dobrym fryzjerem, masazysta, ma 2 domy, itd. Cwiczyl tez sztuki walki i byl dobry w nich. Ale jak nie zaplacil straznikowi 1 zl 20 gr za nasze ogladanie wodospadu i tamten zaczal go tluc, to Doris prawie sfajdal sie w gacie. Choc pozniej opowiadal, ze jakby chcial to byl zlal tego straznika.

Na szczescie Doris i Edi to nie sa profesjonalni przewodnicy tylko po prostu lokalni chlopcy. Dzieki temu w jednej z wiosek w gorach zatrzymalismy sie z wizyta w domu u ich przyjaciol. I znowu po prostu siedzielismy, probowalismy nawiazac konwersacje, usmiechalismy sie i obserwowalismy. Zauwazylismy na przyklad, jak sie witaja z niektorymi. W pewnym momencie przyszedl do tego domu w odwiedziny sasiad. Ubrany typowo po muzulmansku. Witajac sie podawal dlon, ale nie bylo uscisku, tylko lekkie dotkniecie dloni. Nastepnie delikatnie przykladali swoja dlon do serca. Tak pokazuja sobie nawzajem szacunek. Bardzo sympatyczny gest. Respect.

Zona beciakarz
Wieczorem Doris i Edi zabrali nas do swojego ulubionego straganu na kolkach z pierozkami tofu. Byl tam tez ich znajomy beciakarz (rykszarz). Wymyslili, ze skoro to podroz poslubna, to Monia bedzie mnie wozila beciakiem, a oni beda robili zdjecia. TaK, zeby bylo wiadomo kto jest kto w naszym zwiazku... ;) Cala ulica miala ubaw! Cieszyli sie, ze Monia jest pierwsza biala blond turystka, ktora prowadzila beciaka. Chociaz tego nie jestem pewien. Ale pierwsza biala blond turystka, ktora wozila swojego meza podczas podrozy poslubnej, to pewnie tak :))

Semeru - aktywny wulkan
Jest wieczor, ciemno. Pod nami rozbite namioty, nasz kierowca i przewodnik gotuja zupe. Siedzimy na karimacie przy lampie naftowej - romantyczny wieczor jak przystalo na podroz poslubna. ;) Tyle tylko, ze siedzimy na tamie chroniacej wioske przed lawa. Ponad nami najwyzszy indonezyjski wulkan Semeru (3676 m.). Jest bardzo aktywny, bo erupcje sa srednio co 20 minut. Tak sobie siedzimy, czekamy az niebo sie przejasni i bedzie wieksza erupcja, zebysmy mogli zobaczyc czerwona, swieciaca, rozgrzana lawe plynaca po zboczu.

Przyszla mi do glowy taka refleksja, zadne odkrycie Ameryki. Ale mysle, ze na miejscu w kontekscie tego, gdzie jestesmy, bylismy w ciagu ostatnich trzech miesiecy i bedziemy w trakcie tej podrozy. Nasza piekna Polska jest bardzo bezpiecznym krajem. Nie ma wulkanow, trzesien, huraganow, tsunami, itd. Najwiecej ludzi ginie na drogach. A my zamiast po slubie, jak nalezy budowac dom i robic dzieci pchamy sie tam, gdzie wlasnie wszystko jest mozliwe. Na Salomonach bylismy 2 miesiace po trzesieniu oraz tsunami i skutki byly bardzo widoczne. Na Sumatre mielismy jechac w dniu, w ktorym byly trzesienia ziemi i zagrozenie tsunami. A teraz siedzimy pod aktywnym wulkanem, ktory zmiotl cale miasteczko z powierzchni ziemi kilka lat temu. Oczywiscie realnie to, co dzis robimy, jest bardziej bezpieczne niz jazda po zakopiance. I nie pchamy sie tam, gdzie w danym momencie jest niebezpiecznie. Piekne miejsca, przyroda, zabytki po prostu czesto sa akurat tam, gdzie przyroda plata figle. A my chcemy to zobaczyc. Poza tym miliony ludzi, moze nawet wiekszosc, z roznych kultur, zyje w rejonach zagrozonych roznymi kataklizmami. Tak jak ta wioska za naszymi plecami, za tama chroniaca ja przed lawa.

Cala noc spimy pod Semeru, pod golym niebem. Jest pelnia, ale mamy pecha. Niebo wcale nie jest takie gole, bo jest calkowicie zachmurzone. Nie widzimy wulkanu, nie widzimy lawy... Co jakis czas budza nas wybuchy wulkanu i sprawdzamy czy sa jeszcze chmury. Sa :( Nie widzimy lawy, ale ja slyszymy. Dopiero rano zobaczylismy wulkan. Dostojny, po srodku zielonych pol ryzowych, jedyna gora w okolicy. Od krateru na szczycie widac wyzlobione koryto lawy. Wybuchl! Widac kleby dymu i kurzu oraz spadajace kamienie. Coz za widok! Choc dla mieszkancow to tak naturalne, jak u nas snieg w zimie, o ktorym tutaj niektorzy nawet nie slyszeli, a zaden spotkany przez Indonezyjczyk nie widzial.

Najwieksza atrakcja przyrodnicza Jawy - Bromo
Widok Bromo faktycznie powala. Stoimy u progu dwustu metrowej sciany ogromnego krateru szerokiego na jakies 8 km na wysokosci ok. 2000 m. Kiedys byl to jeden wielki wulkan Tengger. Teraz pozostal ogromny krater, na ktorego dnie jest plaszczyzna z czarnym piaszczystym gruntem - lawa, zwany morzem piachu. Po srodku tej plaszczyzny sa dwa wulkany, w tym wiecznie puszczajacy siarkowy dym Bromo. Jedziemy dzipem o 3 rano na najwyzszy punkt widokowy w okolicy, zeby zobaczyc Bromo oswietlane przez pierwsze promienie slonca. Bromo wylania sie z ciemnosci zupelnie czerwone. Krajobraz wyglada jak ten ogladany w wiadomosciach, gdy na Marsie wyladowal robot i przesylal pierwsze zdjecia. Coraz jasniejsze slonce zmienia kolorystyke krajobrazu, gdzie czerwienia, pomarancza i zolcia mieni sie nie tylko Bromo, ale rowniez chmury i otaczajacy nas krater Tengger. Dodatkowo wrazenie poteguje wybuch widocznego na horyzoncie Semeru. Na dole po srodku morza piachu wspinamy sie na Bromo. Gryzacy dym siarkowy moze nie uprzyjemnia wycieczki, ale dodaje smaczku (lub raczej niesmaczku). Zagladamy do srodka stosunkowo niewielkiego krateru Bromo i widzimy dziure, z ktorej non-stop bucha dym. Robi wrazenie!!!

Najatrakcyjniejsze zabytki Jawy - Borobodur i Prambanan
Prosto z wyzyn regionu Bromo udajemy sie do zyznych i rolniczych nizin rejonu Yogyakarty. To tutaj w VIII i IX wieku graniczyly, ze soba dwa krolestwa - hinduskie i buddyjskie (co ciekawe teraz to region muzulmanski). Oba wybudowaly w tym okresie niewiele oddalone od siebie wielkie, monumentalne swiatynie. Buddyjski Borobodur slynie z wyjatkowych stup w ksztalcie dzwonow kryjacych w sobie posagi Buddy. Natomiast hinduski Prambanan przypomina mi indyjskie Kajuraho i kambodzanski cud swiata - Angkor Wat. Swiatynie robia wrazenie, ale nie jestesmy archeologami... Zwiedzamy i robimy zdjecia w ciagu jednego dnia.

Dzakarta - bleee
Stolica Indonezji to najmniej atrakcyjna stolica swiata jaka widzialem. Warszawa jest wyjatkowo atrakcyjnym miastem przy Dzakarcie. Wielkie, brudne i doslownie bez zadnego miejsca wartego zobaczenia. Nie znalezlismy zadnego wydarzenia czy miejsca kulturowego. Nawet nie specjalnie jest gdzie przyjemnie usiasc, zjesc i wypic kawe czy zjesc cos dobrego. Uciekamy stad! Ale gdzie? Spedzamy w sumie w nieprzyjemnej Dzakarcie dwa dni planujac gdzie jechac dalej. Tyle...

Druga polowa wrzesnia 2007


Mapa naszej podrozy po Indonezji
Niebieska linia przerywana trasa przejechana i przeleciana do tego pory, a szara planowana na druga polowe pazdziernika i listopad
kliknij tutaj



Zdjecia z miejsc i wydarzen opisanych w tej relacji
kliknij tutaj



Lista wszystkich relacji
kliknij tutaj