top o serwisie o nas nasza podroz kontakt newsletter strona glowna www.honeymoonstory.net www.podrozposlubna.com
Relacje Moni i przybysza
Przyszła polska jesien, na razie nie złota niestety. My 4 miesiące w domu jesteśmy. I co?
Zdjęcia moni i przybysza
Zdjecia Moni i Przybysza Etap trasy / Galeria zdjęć:



KategorieWybierz kraj:



Jesteś
niezalogowany/a
Zaloguj

Poznaj relacje użytkowników
Relacje Moni i Przybysza
Kanu... Salomonczycy... spotkania
Podrozowanie... LUDZIE - Salomonczycy!

Prawdopodobnie 3 najwazniejsze rzeczy w podrozowaniu dla mnie to:
1. Sam fakt bycia w podrozy, poznawanie, odkrywanie i "go slow"
2. Przyroda
3. Ludzie.

Chcialbym teraz napisac o ludziach spotkanych w pierwszym miesiacu naszej podrozy, czyli o ludziach na Wyspach Salomona. Przyznam, ze nie wiem od czego zaczac, tyle sie wydarzylo, tyle mam w glowie mysli i emocji, a wiele z nich sprzecznych ze soba. Spotkalismy zarowno bardziej miejskich Salomonczykow, czy tez powiedzmy zachodnich. Spedzilismy w Gizo 2 tygodnie, oczywiscie jezeli mozna zaliczyc Gizo do miasta, w lokalnych kategoriach na pewno. Miejsce to jest na tyle male, ze mam wrazenie jakbysmy znali pol miasta, a pol miasta znalo nas.

Wsrod tych mieszczuchow sa oczywiscie bogatsi, bardziej wyksztalceni i biedni, ktorzy jakos tu trafili. Grupy te bardzo roznia sie od siebie. Jest tez sporo bialych (tzn. kilkadziesiat). Ci dziela sie na bialych mieszkajacych tu od lat, majacych tu dzieci, biznesy (zwykle najwieksze w okolicy), takie jak centrum nurkowe czy osrodek wypoczynkowy. Druga czesc bialych to przyjezdni, pracujacy dla roznych organizacji jak UNICEF. Jest ich sporo, szczegolnie teraz po tsunami. Sa tez oczywiscie turysci, ale nas jest najmniej.

Najpierw kanu
Najbardziej interesujace sa spotkania z "prawdziwymi" Salomonczykami, czyli tymi mieszkajacymi w mniejszych lub wiekszych wioskach, na mniejszych lub wiekszych wyspach. Zwykle najpierw widzimy kanu, na ktorych plyna do nas (nie jestem pewien czy to sie spolszcza z angielskiego canoe, inaczej czolno, ja bede pisal po prostu kanu). Najbardziej powszechne, uzywane tu praktycznie przez wszystkich sa najprostsze na swiecie kanu, ktore pewnie nie zmienily sie od setek lat. Miejscowi draza je z pnia, a potem uzywaja prostych pagajow do plywania. Z pewnoscia nie jest to narod zeglarzy. Uzywaja tych prostych kanu, tylko czasem rozwijaja zagiel, ktory jest kawalkiem szmaty. Na niedalekiej Papui zarowno kanu jak i zeglarstwo jest o wiele bardziej rozwiniete, ale o tym napisze za miesiac, jak juz tam bedziemy.

Miejscowi czasem pagajuja wiele godzin do najblizszego targu lub po prostu do wlasnego ogrodu, czy tez pola. Nawet kilkuletnie dzieci same wypuszczaja sie daleko i swietnie manewruja tymi wywrotnymi kanu. Mezczyzni zwykle codziennie wybieraja sie na ryby ciagnac kawalek zylki z haczykiem za soba.

Najpierw zwykle widzimy takie wlasnie kanu plynace nam na przeciw. Czasem jedno, a czesciej kilka. Niektore maja poltora metra i tylko jedna osoba plynie, inne sa dlugie na 3-4 metry i kilku Salomonczykow siedzi w srodku. Zdarzylo sie, ze wyplyneli daleko w morze widzac nas zeglujacych wzdluz lini brzegowej.

Gdy juz doplyna, to staja przy burcie i zaczyna sie spotkanie od milej rozmowy. Salomonczycy sa bardzo delikatni, czasem wrecz niesmiali. W porownaniu do nachalnosci i bezszczelnosci ludzi w wiekszosci miejsca na swiecie - w Ameryce Pld czy Azji - to zupelnie inna jakosc. Chyba tylko w Laosie bylo podobnie. Komunikacje ulatwia jezyk angielski, w ktorym jako tako wszedzie da sie dogadac (Salomony nalezaly przeciez do Brytyjskiego Commonwealthu podobnie jak Australia i NZ). Zreszta uniwersalnym jezykiem w PNG i Salomonach jest pidgin, ktory powstal na bazie angielskiego. Umozliwia przede wszystkim komunikacje lokalsom miedzy soba, bo przeciez w sumie jest w tym rejonie 900 jezykow. Pidgin to bardzo prosty jezyk skladajacy sie tylko z 1300 slow, z ktorych powstaja zlepki jak np. Small boy czyli chlopiec.

Skad??
Mila rozmowa z Salomonczykami stojacymi w kanu przy naszej burcie zaczyna sie zwykle od ustalenia skad jestesmy. Malo kto, a raczej nikt w Polsce, komu mowilismy, ze jedziemy na Wyspy Salomona, wiedzial gdzie to jest. Nie oczekujemy wiec od Salomonczykow, ze wiedza czym i gdzie jest Polska. W innych rejonach na swiecie kojarzyla sie z papiezem, czasem z Walesa lub chociaz z zimnem. Tutaj kompletnie z niczym. Zwykle wiec mowimy, ze jestesmy z Europy, z kraju Polska. Bardziej dociekliwym tlumaczymy, ze to pomiedzy wielka Rosja i Niemcami.

Zreszta dla wiekszosci to zupelna abstrakcja. Wielu z tych ludzi, np. z wyspy Choiseul widzi wierzcholki gory wyspy New Georgia oddalonej o trzydziesci kilka mil morskich, ale nigdy tam nie byli. Oczywiscie czesc jezdzi (a raczej plynie lub leci) czasem do miasta, nawet do Honiary. Nieliczni trafili kiedys do Australii.

Mam tez wrazenie, ze Salomonczycy, podobnie jak wiele innych ludzi z tzw. krajow Trzeciego Swiata, wcale nie maja potrzeby poznawania okolicy. Chocby mieszkaniec Ranongi, ponad wioska ktorego wyrasta wierzcholek gory, powiedzial, ze nigdy na nia nie wszedl. W sumie po co?...

Wymiana, handelek...
Po ustaleniu z przybylymi w kanu skad jestesmy, zwykle dochodzi po jakims czasie do handlu lub wymiany. Oferuja co maja. Najczesciej piekne rzezby z drewna lub kamienia; warzywa i owoce. Wiecej zaproponowac nie moga, bo nie maja. A, no i jeszcze ryby. Potem jest targowanie: "Nie, 300 dolarow salomonskich za miske z drewna kokosowego to za duzo! Ale mozez 150 dolcow i t-shirt?... Malo? To dorzuce spodenki i 2 dlugopisy. OK. Co za 3 duze papaje? Torebka ryzu moze byc? OK." I tak codziennie.

John przyjaciel

Czesto trafia sie osoba jak John z wioski Mase na New Georgia - nieco bardziej komunikatywny i pomocny. Staje sie naszym lokalnym przewodnikiem. Oprowadza nas po wiosce, przedstawia ludziom, pokazuje wrak amerykanskiego mysliwca z II wojny swiatowej zatopiony na rafie i najlepsze miejsca do nurkowania. My zamawiamy u niego kilkadziesiat homarow. Pozyczamy mu sprzet do nurkowania i latarke podwodna. Homary lapie sie w nocy, bo swiecac latarka w wodzie, bardzo wyraznie widac oczy. W sumie moglibysmy sami sprobowac je lapac... Ale mamy zasade, ze blisko brzegu, na rafach nic nie lowimy, ani nie zbieramy. Traktujemy to jako wlasnosc lokalnych mieszkancow i wolimy dac im zarobic. Obiecujemy tez pomoc Johnowi w naprawieniu generatora pradu.

Gospodarstwo, wioska, mecz, szkola

Nastepnego dnia John zaprasza nas do siebie. Poznajemy jego gospodarstwo i rodzine. Tradycyjne, proste chatki z trzciny na palach. Dookola ogrod z ananasami, bananami, kasawa, taro (odmiana slodkich ziemniakow) itd. Wszedzie biegaja dzieci. Cala ta skromna zagroda bez biezacej wody i pradu zostala dopiero wybudowana. Wczesniej rodzina Johna mieszkala nad samym morzem. Ale tsunami wszystko zmiotlo z powierzchni ziemi i przeniesli sie w glab dzungli.

Generatora nie naprawilismy niestety. Ale poszlismy do wioski z pilka nozna. Trudno opisac radosc dzieci. Coz to byl za mecz. Proba ustawienia bramek i zorganizowania druzyn byla bez sensu. Wszyscy chcieli grac. I tak setka dzieci biegala na plazy za pilka przez godzine. Oddalismy pozniej pilke w rece dyrektora wiejskiej szkolki - Erua. Wyzwanie przed skromny i cichym Eruem niemale. W 300-stu osobowej wiosce jest 200 dzieci (kolejny problem Trzeciego Swiata - robia za duzo bachorow...), a pomoc dydaktyczna niewielka. Wlasciwie nie maja pomocy naukowych. Okazalo sie, ze Erua bedzie w Gizo w tym samym czasie, kiedy my tam wracamy. Umowilismy sie wiec z nim, zeby koniecznie nas znalazl, to sprobujemy kupic troche pomocy. Wiecie na czym mu najbardziej zalezalo?? Nie tylko nie maja podrecznikow przedmiotowych, ale przede wszystkim brakuje czytanek. Dzieci nawet nie maja z czego uczyc sie czytac!

Trzy tygodnie pozniej spotkalem sie z Erua w Gizo. W jednym, jedynym sklepie z przyborami szkolnymi w tej stolicy calej ogromnej zachodniej prowincji Salomonow, znalezlismy kilka, starych, cienkich, kiepskich i drogich ksiazeczek z czytankami dla klas II-V. Za 100 USD kupilem doslownie 8 tych ksiazeczek, atlas i mape swiata. Erua wiele razy upewnial sie, czy moge sobie na to pozwolic i bardzo sie cieszyl. A to dla szkoly na ponad 100 dzieci! Kupilismy jeszcze drugi taki komplet, zanim wyplynelismy do PNG. Chcemy tam znalezc kolejna szkole, ktorej to podarujemy. A to oczywiscie igielka w stogu siana potrzeb. Mamy tez sporo olowkoch, kredek i zeszytow, ktore czesto dajemy dzieciom w odwiedzanych wioskach.

Zeglujemy dalej, kolejne spotkania

Plyniemy dalej i kolejne kanu podplywaja. Kolejne rozmowy, wymiana. Raz podplynelo dwoch kolesi, postalo w kanu przy burcie, popatrzylo. Nie bylo z nimi specjalnie rozmowy. W koncu wyjeli kasete magnetofonowa i poprosili, zeby im puscic. Siedzielismy wiec razem i sluchalismy salomonskiego disco-polo. Przyplyneli mokrym, przeciekajacym kanu, mieli podarte koszulki i nic wiecej. Skad pomysl z ta kaseta?... Siedzielismy i sluchalismy.

Innym razem zakotwiczylismy w pieknej zatoce. Nie udalo nam sie kupic jajek w Gizo. Zreszta w ogole czesto brakuje wielu rzeczy w Gizo (nie mowiac o tym, ze gdzie indziej po prostu ich nie ma). Wszystko zalezy od statku, ktory plynie z towarem i nigdy nie wiadomo, kiedy doplynie. Nawet piwo, jak sie skonczy, to trzeba czekac na statek. Jajka sa jednak jednym z najbardziej deficytowych towarow. Miejscowi nie maja kur, wiec wszystko jest importowane. Wiedzielismy, ze miala byc dostawa jajek dzis. Wiedzielismy tez, ze jest piatek, czyli dzien targowy. Oznacza to, ze mieszkancy z okolicznych wysp przyplywaja do Gizo sprzedawac i kupowac. Stalismy zakotwiczeni w tej pieknej zatoce na drodze pomiedzy wyspa Ranonga i Gizo. Wszyscy, ktorzy plyneli na bazar zatrzymywali sie i zagadywali nas. Poprosilismy wiec jedna z lodek, zeby kupili nam tyle jajek, ile sie da i dali je nam w drodze powrotnej. Udalo sie! Niestety tylko 4 tuziny, ale dobre i to. Wiecej nie bylo, poza tym sprzedawali tylko 1 tuzin na osobe. A tu w kanu bylo 4 mezczyzn...

Mieszkancy Ranonga
Bedac w Gizo tak dlugo nawiazalismy kilka ciekawych relacji z mieszkancami z okolicznych wysp. Waldi z miejscowosci Buri na wyspie Ranonga zrobil dla nas kilka rzezb na zamowienie. Jedna z nich byla lyzka i widelec do salatek z drzewa kokosowego. Wzial swoja ogromna pile lancuchowa, ktora mial nie wiadomo skad. W swoim zyciu zawodowym sprzedalem swego czasu setki pil spalinowych, a tak wielkiej nie mialem nawet w reku. Byla tak ciezka, ze trudno bylo ja udzwignac. Wiecej sprzetu w calym gospodarstwie nie mial. Ta pila to cale jego bogactwo. Scial nia cala palme. Nastepnie recznie, narzedziami wlasnej roboty strugal ta lyzke i widelec. Mamy juz je w Warszawie.:)

Waldi pokazal nam takze prawdziwa maczuge swojego dziadka. Pamietajmy, ze za czasow jego dziadka panowal tu kanibalizm i wojny plemienne, a jego dziadek byl ponoc lokalnym bohaterem. Waldi nie umial jednak powiedziec, jak wiele osob zginelo z reki jego dziadka operujaca ta maczuga...

Dom Waldiego zostal zmieciony z powierzchni ziemi 3 miesiace temu podczas tsunami i trzesienia ziemi. A Dan, ktory jest architektem, przez kilka dni pomagal mu budowac jego dom. Waldi jest z pewnoscia pierwsza osoba na wyspie Ranonga, ktorej dom zostal zaprojektowany przez architekta. Bedzie to oczywiscie maly, tradycyjny domek na palach z dachem pokrytym liscmi palmowymi i z plecionka z tych lisci na scianach.

Wyspa po trzesieniu
Wyspa Ranonga bardzo zmienila sie po trzesieniu. To wyjatkowy przypadek na skale swiatowa. Cala wyspa, dluga na jakies 30km uniesiona zostala 2 metry do gory. Zadna inna wyspa w poblizu nie! Trwalo to zaledwie kilkanascie sekund i jest dokladnie widoczne, bo wyglada to jakby poziom morza opadl o 2 metry i odkryl rafe koralowa, cala linie brzegowa. Niesamowite, ze cala wyspa zostala rowno uniesiona. Nie ma pekniec w ziemi, budynki dalej sa idealnie poziome, nawet wielki kosciol na szczycie gory.

Przerazeni mieszkancy uciekli w gory i czekali do konca tamtego dnia, az woda powroci. Nie wiedzieli i nikt do tej pory im nie wytlumaczyl, ze poziom wod morskich jest taki sam i ze to nie woda uciekla, tylko cala wyspa sie uniosla. Dopiero nas pytali i im tlumaczylismy na czym polega trzesienie ziemi. Woda juz niestety nie wroci... Wczesniej Waldi wplywal swoim kanu pomiedzy magrowcami pod sam dom. Teraz jest tam blotnista i zarosnieta dwu metrowymi krzakami sciezka, a idac zapadalismy sie w blocie po kostki.

Emusa Lodge
Jeden, jedyny pensjonacik na Ranonga - Emusa Lodge - polozony byl pieknie nad sama woda. Teraz jest tam bloto i martwa rafa koralowa ponad powierzchnia wody. Swietnie wykonany i zadbany dwupokojowy Emusa Lodge standardem przewyzszajacy popularne meksykanskie cabanas (czyli chatki z trzciny), zostal wybudowany 4 lata temu. Oczywiscie wyglada tak jak lokalne domki. Wlasciciele Gildi i Gladys, to cudowne i przesympatyczne malzenstwo na emeryturze (choc oczywiscie nie otrzymuja od panstwa zadnej emerytury). Gildi byla pielegniarka, a Gladys robil rozne rzeczy, zeby przezyc. Nie przypominam sobiem, zebym kiedykolwiek byl tak swietnie przyjety w jakimkolwiek innym pensjonacie na swiecie. Byly swiece, kwiaty, oprowadzanie po wioscie, opowiesci - po prostu super. W ciagu 4 lat bylismy drugimi, bialymi turystami (mieli jeszcze 8 lokalnych gosci), ktorzy u nich goscili. A szkoda, bo jest pieknie i mozna poznac jak zyja miejscowi.

Jak robia przepyszne kasawa chips(!?), czyli cieniutkie, chrupiace chipsy ze slodkich ziemniakow kasawa. Gildi nam zrobila i pokazala jak, a nie jest to wcale takie proste. Najpierw trzeba obrac kasawe - duza, brunatna, podluzna bulwe. My wczesniej meczylismy sie obierajac kasawe jak ziemniaki. Tymczasem jest na to sposob. Gildi kilkoma, odpowiednimi ruchami noza naciela ja, a gruba skora sama odeszla. Potem starla kasawe jak ziemniaki na placki. Nastepnie wycisnela przez scierke nadmiar wody. Polozyla taka papke na lisciu bananowca i roztarla tworzac cieniutka warstwe, zeby odparowac to nad garnkiem z wrzaca woda. Polozyla lisc bananowca z tak przygotowana kasawa na sloncu na pare godzin. Dopiero wtedy cienki, wysuszony, prawie przezroczysty, wygladajacy jak kalka techniczna plasterek kasawy odchodzi od liscia. Pozostaje jeszcze usmazenie. PYSZNE.

W ogrodzie Gildi i Gladys rosnie wiele pieknych kwiatow. Jeden z nich najczesciej kupuje (dla swojej zony ;) u nas w kwiaciarni za jakies 50 zeta. Gladys opowiada, ze u nich sam sie rozrasta jak chwast. Dziekujemy im za mile chwile i wszystkim polecamy Emusa Lodge w Buri na Ranonga. To byla nasa pierwsza noc po 40 dniach na lodce w normalnym, malzenskim, szerokim lozku. A wlasciwie pierwsza taka noc w podrozy poslubnej. Na jachcie jak polyzymy sie oboje na plecach, to moje ramie lezy na ramieniu Moni. Delektowalismy sie lezac szeroko rozwaleni w malzenskim lozku:)

Inna ciekawa osoba, ktorej zachowanie swietnie obrazuje podejscie do zycia Salomonczykow (ale nie tylko ich) jest czlowiek, u ktorego zamowilismy piekna miske do salatek z wyjatkowego drzewa rozowego (dzis, dokladnie gdy dodaje ta relacje na strone jest 6 wrzesnia, 50-te urodziny mojej mamy). Miske zamawialismy 2 miesiace temu, wyslalismy ja paczka w prezencie dla mamy niepewni, czy w ogole dojdzie cos z Wysp Salomona. Doszlo przedwczoraj:))) Miejscowy wykonujacy ta miske mial problemy ze wzrokiem i dostal od nas okulary do czytania. Spotkalismy go pozniej w Gizo. Mial jak wiekszosc miejscowych podarta, stara koszule i klapki japonki tak schodzone, ze obiema pietami chodzil po ziemi i kamieniach. Ale pod pacha niosl swiezo kupione, nowiutkie DVD. Dodam jeszcze, ze w jego wiosce prad, jezeli w ogole jest, to kilka godzin dziennie.

Spotykalismy jeszcze wiele roznych, ciekawych osob na Salomonach. Ale reszte opowiescie, np. o lokalnych gejach/transwestytach, pozostawimy na osobiste spotkania po powrocie. Historie o bialych, szczegolnie tych pracujacych dla organizacji miedzynarodowych zasluguja na oddzielna relacje. A poznalismy ich na tyle dobrze, ze zastanawiamy sie czy w ogole bedziemy starali sie wziac udzial w jakims z takich projektow, choc myslelismy o tym wczesniej. Nie bardzo nam sie podoba jak to dziala.

Zobacz nasze zdjecia ze spotkan z Salomonczykami
kliknij tutaj

lipiec 2007