Głęboko w dżungli amazońskiej
Spływ Amazonką
Powiemy krótko – jest zajebiście. Płyniemy po dopływie Amazonki, po rzece Maranon, głębiej w dżunglę. Właśnie ruszyliśmy. Leżymy na hamaku, oczywiście odpowiednio zakonserwowani zimnym piwkiem i opowiemy, jak wyglądał dzisiejszy poranek.
Musieliśmy przygotować się na tygodniowy lub dłuższy pobyt na lanczii na rzece i na wycieczkę do dżungli. Właściwie prawie wszystko mieliśmy gotowe. Poszliśmy jeszcze na lokalny targ w Yurimaguas po kilka ostatnich drobiazgów. Oto lista zakupów:
1. 2 hamaki i lina do ich powieszenia
2. 2 kłódki, bo kradną
3. ruska torba w kratkę do spakowania potem rzeczy na kanu
4. baterie do latarek
5. pieczywo i jakieś parówki w puszkach, bo żarło na lanczii jest podobno kiepskie
6. dużo wody, 10 litrów
7. gwizdek dla Moni, jakby zgubiła się w dżungli.
Wczoraj byliśmy już w porcie, widzieliśmy naszą lanczię i wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Jechaliśmy więc dziś spokojnie, bez żadnej obawy. Wsiedliśmy na 3 piętrową lanczię i od razu poszliśmy na górny pokład. Tam wybraliśmy sobie miejsce i rozwiesiliśmy hamaki.
Tymczasem w porcie rzecznym życie wrze cały czas. Port to duże słowo. Jest to po prostu zabłocony, gliniasty brzeg rzeki na skraju miasteczka. Rzeka jest bardzo szeroka, a woda brunatna, bardzo podobna do Mekongu w Laosie. Poziom wody jest w tej chwili wysoki. W kwietniu skończyła się pora deszczowa i dopiero teraz woda w rzekach pomału opada. A w kwietniu lało tak, że nie tylko Yurimaguas, ale również Tarapoto było odcięte od świata. Lawiny błotne zmywały wtedy domy i zawalały drogi. Głośno było w mediach na całym świecie o klęsce w tym rejonie.
Nie jest tu za czysto. Przybijają lanczie, przyjeżdżają ciężarówki i mototaxi, jest dużo ludzi, a wszystkie śmieci i nieczystości wpadają do rzeki. Widzieliśmy jakiegoś dziadka, który wysypał całą torbę śmieci prosto do rzeki. Obok dziesięcioletni chłopiec wesoło i beztrosko pluskał się w wodzie.
Dziesiątki, a może i setki tragarzy wyładowuje towar z ciężarówek, przenosi po błocie i drewnianych kłodach na statki. Noszą 50 kg worki z ryżem, przy czym każdy niesie po 2. Ładują ogromne deski i kawałki zardzewiałego złomu. Jest palące słońce, więc z każdego tragarza pot leje się litrami. Na naszą lanczię wjechało nowe, terenowe Suzuki, a tuż obok niego siłą wciągnięto stado krów. Cały czas wchodzą też ludzie. Wnoszą walizki, torby, pakunki i plecaki. Każdy przychodzi ze swoim hamakiem i pierwsze co robi, to go rozwiesza, rezerwując sobie tym samym miejsce. Dookoła w porcie są zbite byle jak z desek stragany. Można kupić obiad na ciepło, zimne przekąski, napoje i oczywiście zimne piwo.
Gdziekolwiek się nie ruszyliśmy w porcie, to pojawiał się ktoś oferujący swoje usługi przewodnika po dżungli. Potem okazywało się, że nie są przewodnikami tylko mają świetnych amigos przewodników. Ale my dobrze wiedzieliśmy, że w porcie są sami ściemniacze. Zbywamy więc ich, zgodnie z prawdą, że mamy już swojego przewodnika. Podobnie jest z ofertami działki marihuany. Ci nie ściemniają, mają faktycznie maryśkę i zapewniają, że tutaj jest bezpiecznie i spokojnie można palić. My jednak podziękowaliśmy.
Gdy zaczęliśmy w końcu, ze standardowym opóźnieniem, odbijać od brzegu i trapy zostały schowane, jak mrówki zaczęli biec ludzie, wskakiwać na lanczię, wrzucać krzesła, stół, telewizor, torby i inne domowe graty. Jakby ktoś się przeprowadzał. Zrobiła się wrzawa. Po czym nagle, wszyscy zrobili w tył zwrot i to co wnieśli na pokład, zaczęli w popłochu wyładowywać.
Jakaś pani krzyczała, że jej córka została na brzegu. Kapitan zawołał tylko, że przywiozą jej dziecko łódką. I faktycznie za chwilę wnieśli kilkuletnią dziewczynkę do drewnianej łódki i powieźli na lanczię. Wreszcie odpłynęliśmy z nurtem rzeki na dobre.
W dżungli
Minęło 5 dni od kiedy leżeliśmy w hamakach na lanczi i pisaliśmy poprzednie akapity. Wróciliśmy z dżungli i właśnie wyczyściliśmy zabłocone buty. Tyle się wydarzyło, że nie wiemy od czego zacząć. Zaczniemy więc od początku.
Przypłynęliśmy do Lagunas lanczią o północy. Zastaliśmy tam zabłocony brzeg, po którym trudno było wysiąść z lanczii. Czekali na nas na szczęście lokalni przewodnicy, z którymi byliśmy umówieni i pomogli nam wydostać się na brzeg. Potem szybko do najlepszego hostelu w Lagunas i spać, bo rano płyniemy kanu do dżungli. Wielokrotnie byliśmy już w tropikalnej dżungli. Ale pierwszy raz w Amazonii i pierwszy raz wybieraliśmy się obozować kilka dni w selwie, bo tak w Ameryce Południowej nazywają dżunglę.
Rano, po śniadaniu w domu Klevera, jednego z naszych dwóch przewodników, zapakowaliśmy wszystkie toboły na dwa mototaxi i pojechaliśmy drogą w stronę niewielkiej rzeki. Jadąc zabłoconą, dziurawą drogą, którą kierowca z trudem przejeżdżał, zastanawialiśmy się, co nas czeka. Nie mieliśmy pojęcia, co będziemy jedli, gdzie będziemy spali, czy mają namiot? Jak dużo jest komarów, jak długo będziemy płynęli? Wiedzieliśmy tylko, że wjeżdżamy do największego parku w Peru i najrzadziej odwiedzanego. Tylko 2500 turystów przyjeżdża rocznie do tego ogromnego parku Pakaya Samiria, a do tej części zaledwie 250. Jesteśmy daleko od jakiejkolwiek cywilizacji, więc zdawało nam się, że to gwarantuje nam przeżycia w prawdziwej Amazonii z prawdziwymi dzikimi zwierzętami. Nasłuchaliśmy się różnych historii od innych turystów, że byli w Amazonii i oprócz wielkiej zielonej roślinności nic nie widzieli. Wszyscy rekomendowali – jedźcie gdzieś w odległe miejsce. Jechaliśmy więc mototaxi i byliśmy przekonani, że to jest właśnie to.
Na końcu drogi czekała na nas rzeka, dwa kanu i chatka leśniczych. W księdze leśniczych rejestrujących wszystkich turystów wchodzących i wychodzących z parku, doszukaliśmy się tylko 2 Polaków w przeciągu ostatnich kilku lat. Ale to nie istotne, mnie martwiły wtedy te kanu. Były to zwykłe dłubanki, na których trudno utrzymać równowagę. Mieliśmy spędzić w nich 4 dni, a ja już miałem doświadczenie z takimi kanu na Pacyfiku i wiedziałem, że to nie jest miejsce, w którym lubię przebywać.
Zapakowaliśmy toboły i siebie do kanu. Śmiesznie musieliśmy wyglądać niepewnie siedząc w środku. Na wszelki wypadek aparat i inne wartościowe rzeczy włożyliśmy do tzw. dry bagów, czyli toreb, które są bardzo szczelne, zachowując wszystko w środku suche, przynajmniej teoretycznie.
Pierwsze zaskoczenie mieliśmy, gdy na końcu do kanu wsiedli przewodnicy. Usiedli z pagajami z przodu. Na moją uwagę, czemu nie siadają normalnie z tyłu, odpowiedzieli, że w Europie pagajuje się z tyłu, a tutaj z przodu. Faktycznie widzieliśmy już gdzieś taki sposób. Ale zdecydowana większość poznanych przez nas społeczności pagajowała siedząc na końcu kanu. Przewodnicy okazali się oczywiście świetnymi wioślarzami. Nie tylko byli w stanie płynąć przez 12 godzin pod prąd niemal bez przerwy, ale również świetnie manewrowali kanu po wąskiej rzece.
Gorąco i parnie było niemiłosiernie. Co chwila padało, a dokładnie lało. Tylko przez 5 minut, ale tak intensywnie, że wszyscy byliśmy cali mokrzy. Głównym zajęciem Moni było wyszukiwanie pająków i tłuczenie ich klapkiem. Ja natomiast próbowałem ułożyć się jakoś w niewygodnym kanu. Płynęliśmy na początku z nurtem rzeki, więc nie musiałem pomagać w wiosłowaniu. Później jednak się nie obijałem.
Spędziliśmy w ten sposób 4 dni. To czas świetnej przygody na koniec naszej podróży. Oprócz mojej nieustannej walki z gorącem i niewygodą, a Moni z pająkami, podziwialiśmy przyrodę, z bliska oczywiście. Widzieliśmy leniwce, które faktycznie leniwie poruszają się na czubkach drzew jak jakieś pluszowe misiaki w kreskówce oglądanej w zwolnionym tempie. Obserwowaliśmy mnóstwo przedziwnych ptaków z żółtodziobymi tukanami i niebiesko – żółtymi, głośno skrzeczącymi papugami na czele. Różowe i szare delfiny rzeczne długie godziny towarzyszyły nam wynurzając się z głośnym pluskiem wody i sykiem wydmuchiwanego powietrza. W nocy szukaliśmy kajmanów, czyli amazońskich krokodyli. Klever złapał jednego i demonstrował metr od naszego łóżka. Podziwialiśmy wielką anakondę i kawałek dalej - zielonego kameleona, z odległości 2 metrów. Na koniec złowiliśmy piranie, które potem zjedliśmy ze smakiem.
Obozowaliśmy na kawałku w miarę suchej i niezarośniętej ziemi przy rzece. Jedną noc spaliśmy pod czarną folią rozłożoną na palach, a inne pod dachem z liści palmowych. Oprócz wspomnianych pająków o różnych rozmiarach, najnieprzyjemniejszym elementem dżungli są oczywiście różne inne insekty, latające i pełzające. Nigdy nie wiadomo co jest trujące, na przykład jedna niewielka czerwona niby zwykła mróweczka ugryzła Monię i strasznie bolało.
Inną trudną sprawą jest łazienka. Każde załatwianie swojej potrzeby było dla mnie swego rodzaju przygodą. Wiele czytałem na temat wycieczek do dżungli, ale jakoś niewiele osób to opisuje. Więc podzielę się swoimi przeżyciami. U nas w Polsce po prostu idzie się do lasu, kopie dołek, kuca i już prawie po sprawie. Tutaj idąc poza obozowisko samemu, najpierw musiałem patykiem oczyścić drogę z pajęczyn i pająków, wiele z nich wielkości dużej męskiej (mojej ;) dłoni. Potem starałem się znaleźć miejsce bez mrówek, węży, itp. Miejsce to nie może być zbyt zarośnięte, bo jak Monia dotknęła uchem jednego zielonego listka, takiej miejscowej pokrzywy, to bolało jakby dotknęła stu pokrzyw na raz. Nie chciałbym swoimi pośladkami oprzeć się o taką roślinkę. Potem spsikiwałem swoje nogi i nie tylko sprayem przeciw komarom, żeby żadne latające paskudztwo nie wbijało się w moją białą skórę. Na końcu, po załatwieniu sprawy uciekałem spocony szybko do obozu i miałem nadzieję, że nie będę musiał za chwilę powtarzać tych wszystkich czynności.
Lasy amazońskie wydają niesamowite dźwięki. Daleko od jakiejkolwiek drogi, lotniska i siedliska ludzkiego powinno być cicho. Tymczasem jest głośniej niż w mieszkaniu w mieście. Płynąc kanu cichutko bez słowa rano i wieczorem, czy też leżąc na karimacie pod moskitierą, cały czas słychać wielką orkiestrę – śpiewy i pogwizdywanie przeróżnych ptaków, groźne i głośne buczenie małp, które kojarzyło nam się z wyciem lwa, cykanie chrząszczy. Jedna mała żabka, którą uwieczniłem na zdjęciu jak się nadyma, potrafi zrobić więcej hałasu kumkając niż przejeżdżający autobus ulicą pod oknem w mieście. Udało nam się nawet usłyszeć ciche mruczenie pumy, przynajmniej tak zgodnie twierdzili obaj przewodnicy. A zupełnie kosmiczna była podróż nocą kanu, gdy leżąc patrzyliśmy na rozgwieżdżone niebo i poruszające się na jego tle drzewa. Słyszeliśmy delikatny plusk pagajów i muzykę żerującej nocą dżungli.
Abram, nasz drugi przewodnik, wielokrotnie musiał pomagać sobie maczetą, żeby utorować nam drogę, zarówno płynąc kanu jak i idąc prawie nieistniejącą ścieżką. Poziom wody w rzekach i lagunach zmienia się nieustannie. Między sezonem deszczowym, a suchym różnica jest nawet do kilku metrów. Jesteśmy pomiędzy sezonami, ale w ciągu czterech dni woda podniosła się prawie o pół metra. Wszystko więc ciągle się zmienia. Abram mówił, że jak płynął tą samą drogą miesiąc wcześniej, to rzeka była szeroka i spokojnie sobie pagajował. Teraz musiał maczetą rąbać krzaki, później przeciskaliśmy się pod zwalonym pniem, następnie wysiadaliśmy z kanu i przenosiliśmy je ponad przewróconym drzewem, aż w końcu musieliśmy zawrócić, bo wielkie drzewo całkowicie zablokowało drogę.
Nasi lokalni przewodnicy
Nie wiem jak Klever i Abram odnajdowali drogę w tej zielonej gęstwinie. Tłumaczyłem sobie, że dla nich te rzeczki i ścieżki, to jak dla mnie ulice Warszawy. Ale jakby całkiem zgasło światło w całym mieście, nie wiem czy odnalazłbym drogę z pracy do domu. Tymczasem oni nawet w bezksiężycową noc trafiali wszędzie.
Są świetnymi i doświadczonymi przewodnikami. Dbali o nas jak o dzieci i nie balibyśmy się przyjechać tu ze swoimi dziećmi, co może kiedyś uczynimy. Klever jest gadatliwym sześćdziesięciolatkiem z temperamentem nastolatka. Dżungla to jego dom i uwielbia pokazywać gringo przyrodę i opowiadać historie z życia. O tym jak obserwował wielką anakondę zjadającą kajmana lub pumę wybierającą żółwie jajka.
Klever pracował 35 lat temu w słynnym, choć nieistniejącym już, biznesie kauczukowym. Chodził wtedy po dżungli i zbierał biały kauczuk z drzew podobnie jak robi się to u nas z żywicą, nacinając korę. Gdy opowiedziałem mu swój sen o pumie i nie mogłem zrozumieć jego interpretacji tego snu, to odgrywał scenki pokazując, o co mu chodzi jak w kalamburach. Według niego będę miał poważną utarczkę z kimś podstępnym. Nie wiedział czy jeszcze podczas podróży, w domu, czy w pracy. Ktokolwiek to jest, niech się strzeże, bo jestem ostrzeżony przez Klevera.
Klever ma siódemkę dzieci. Ale mówi, że to mało, bo w Lagunas jedna pani ma 22, a 12 to norma. Poznaliśmy Klevera i jego rodzinę dość dobrze, spędzając u nich w domu wiele godzin. Żona Klevera robi najlepsze frytki na świecie. Choć to nie do końca jej zasługa, tylko amazońskiej odmiany ziemniaków. Są pyszne nawet bez soli.
Zrozumieliśmy, dlaczego obozowe gotowanie w dżungli nie sprawiało naszym przewodnikom żadnych trudności. Oni po prostu dokładnie tak samo gotują w domu w Lagunas, tzn. na palenisku. Różnica polega na tym, że w Lagunas kupują drewno od kogoś, kto im je przywozi. Mimo, że do dżungli jest tylko parę kroków. Klever tłumaczył nam, że to nie tylko z wygody i z faktu, że w pobliskiej dżungli dobre drewno do palenia jest już zebrane. Chodzi również o wspomaganie się i współpracę. W ten sposób każdy ma swoje zajęcie i sposób na zarobek. Nie pierwszy raz słyszymy już podobne, bardzo sensowne i nieegoistyczne wytłumaczenie. W Andach podczas jednej z wycieczek pytałem naszego przewodnika, dlaczego przewodnik nigdy nie jest również kierowcą. Mogliby wtedy więcej zarobić. Odpowiadał, że mam rację, ale wtedy tylko przewodnik by zarobił, a kierowca już nie. Trudno porównać to do naszego sposobu myślenia polegającego na optymalizacji kosztów pracy i maksymalnego zwiększania zyskowności...
Podczas długich wieczornych dyskusji Klever zadawał wiele dziwnych pytań. Choć pewnie nasze pytania dotyczące Amazonii były dla niego równie dziwne. Pytał na przykład: „Czy to prawda, że w Europie wszyscy mają po dwadzieścia i więcej par butów”. Wtedy na moje duże stopy pod stołem patrzyły dzieci i strasznie się śmiały coś tam gaworząc. Odpowiadaliśmy, że nie wszyscy, ale że to faktycznie nie jest nic nadzwyczajnego. Wyjaśnialiśmy, że to nie tylko kwestia kaprysu i pieniędzy, ale czterech pór roku. Klever, podobnie jak większość osób w Lagunas, posiadał klapki japonki i kalosze.
Innym razem Klever stwierdził: „Rozumiem, że u was w zimie jest bardzo zimno i musicie się ciepło ubierać i ogrzewać mieszkania. W dużych miastach to łatwe, ale jak to jest w małych miejscowościach, gdzie nie ma prądu?”. Tłumaczyliśmy, że w Europie prąd jest wszędzie cały czas, nawet w małych miejscowościach. Zdziwiony pytał: „Czy w takim razie wszyscy mają klimatyzację?”. Odpowiadaliśmy, że w Polsce tak, ale tylko taką, która grzeje. Komentował wtedy bardzo trafnie, że w takim razie musimy zużywać mnóstwo energii.
Klever wychował się i całe życie mieszkał w Lagunach i okolicznej dżungli. Lagunas to największe pueblo w okolicy. Mieszka tu aż kilka tysięcy osób. W większości wiosek w okolicy prądu w ogóle nie ma. W Lagunach dostępny jest dla wszystkich, ale tylko od godziny 18 do 24 i od 4:30 do 7:30. W związku z tym przed 18 widać w miasteczku rosnące napięcie i oczekiwanie. A widać wszystko, bo życie toczy się głównie na ulicach, a nawet jak w domach to i tak nie do końca zabudowanych. Punkt 18 rozpoczyna się życie. Włączają się telewizory, wieże stereo, lodówki, zaczynają pracować maszyny do szycia, otwiera się kafejka internetowa z wykańczającym nas, super powolnym łączem modemowym. Punkt 24 wszystko zgasło i wyłączył się nasz wiatrak w pokoju.
Nad ranem jeszcze przed wschodem słońca włączył się ponownie nasz wiatrak w pokoju i obudził nas ryk muzyki. To miejscowi młodzi wykorzystują kilka porannych godzin z prądem. Tylko pechowo muzyka wyje po drugiej stronie drewnianej ściany naszego pokoju. W końcu nie wytrzymałem i wyskoczyłem wściekły w samych gatkach z łóżka. Wpadłem do sklepu, gdzie grało peruwiańskie disco polo. A tam dwie młodziutkie dziewczyny otwierały sklep. Najdelikatniej jak umiałem, podczas gdy złość buzowała we mnie, poprosiłem żeby przyciszyły. One stały kompletnie zdumione i kiwnęły tylko głową. Nie wiem czy buzie zamknęła im skrywana, ale jednak widoczna wściekłość, czy widok prawie stukilowego, dwumetrowego i owłosionego oraz półnagiego gringo. Ale po chwili muzyka przycichła.
Drugiego przewodnika – Abrama – nie poznaliśmy tak dobrze. Był małomówny, ale i tak mieliśmy problemy, żeby zrozumieć jego hiszpański. Jednak to on wypatrywał większość zwierząt. Widział z daleka oczy ukrytego pod wodą kajmana, podczas gdy my z bliska nie mogliśmy go dostrzec. Cały czas ciężko pagajując rozglądał się, żeby jak najwięcej nam pokazać. Starał się przewidywać nasze potrzeby i w ramach ograniczonych możliwości spełniał nasze niewielki zachcianki. Jest bardzo poczciwą osobą, ma piątkę dzieci i przygarnął prawie stuletnią, niewidomą staruszkę, która pozostała bez rodziny i środków do życia.
Na kończącą wycieczkę kolację w Lagunas założył czyściutką, świeżo wyprasowaną koszulę, czyste lakierki i przyczesał włosy. Poznaliśmy jego najmłodszą, jedenstoletnią córeczkę – Zanitrę. Jak tylko poświęciliśmy jej troszkę uwagi, od razu zaczęła pytać nas o słówka po angielsku – o psa, kota, świnię. Nie uczy się angielskiego w szkole. Kupimy gdzieś po drodze podręcznik do angielskiego z kasetami i wyślemy jej. Skoro jako jedyna wykazuje chęć do nauki, przynajmniej tak postaramy się jej pomóc.
Życie w Lagunas
Jesteśmy jeszcze w Lagunas. Nie przypłynęła lanczia, więc czekamy na następną. Nikt nigdy nie jest tutaj pewien, czy przypłynie kolejny transport. Jak jutro przypłynie, to popłyniemy dalej – do Iquitos. Tymczasem mamy czas, żeby poznać Lagunas. Zanim zdążyliśmy wyjść na spacer, spadł oczywiście deszcz. U nas nazwalibyśmy to oberwaniem chmury. Tutaj jednak jest to po prostu deszcz, krótki, bo tylko półgodzinny.
Życie po tej ulewie szybko wraca do normy. Jest sobotnie popołudnie ludzie wychodzą więc na błotniste ulice. Są one bardzo szerokie, mimo, że jedyne pojazdy to trzydzieści mototaxi i 2 samochody, które podobno są, choć my ich nie widzieliśmy. W chatkach niedbale zbitych z desek toczy się normalne życie. Pracują ludzie przy starych maszynach do szycia napędzanych pedałem, fryzjer strzyże klienta, chłopcy naprawiają przewrócone na bok mototaxi, ulicą idzie pijany koleś, panie z wielkiego gara rozlewają roześmianym dzieciom słodkie mleko z ryżem.
W takim miejscu nie byliśmy od kiedy podróżowaliśmy po Azji kilka miesięcy temu. W od dawna znanym i turystycznym Peru Lagunas i Pakaya Samiria okazały się trzecim najrzadziej odwiedzanym miejscem i najbardziej lokalnym, w którym udało nam się być podczas tej podróży – po wyspach na Wyspach Salomona i PNG. Wszyscy na ulicach pozdrawiają nas. Serdecznie kiwają głową, machają ręką, mówią buenos tardes lub proste buenos.
Nie przypominamy sobie nigdzie miasteczka tej wielkości, żeby nie było gdzie zjeść, a o wypiciu kawy nie wspomnę. Uparłem się i przez godzinę przeszedłem całe miasteczko w poszukiwaniu kawy i nie znalazłem. Na szczęście stołujemy się w domu Klevera. Zimną coca-colę można kupić, ale nie jest to łatwe. Nie widzieliśmy żadnego znaczka ani plakatu coca-coli. A to bardzo rzadko zdarza się na świecie.
Ludzie wiodą tu proste życie. Wszystko przypomina nam bardzo azjatyckie miasteczka. Amazoński tropikalny klimat odczuwamy tak samo jak w tropikalnej Azji. Gorące, duszne, wilgotne i ciężkie powietrze daje się trochę we znaki, mimo, że jesteśmy już przyzwyczajeni. Senna atmosfera, spokój i życie na ulicy charakteryzuje nie tylko tropiki, ale wiele miejsc tzw. Trzeciego Świata.
Lagunas ma wielką zaletę. Jak tylko dowiedzieliśmy się o tym, od razu nam ulżyło. Przyjechaliśmy przygotowani na wszystko – mamy moskitierę, kilka opakowań różnej mocy preparatów na komary, odzież z długimi rękawami i nogawkami. Tymczasem okazało się, że w Pakaya Samiria nie ma malarii ani dengi! To niesamowite, że w samym środku Amazonii jest takie miejsce. Wiemy, że niedaleko stąd na północ, przy rozlewisku następnej rzeki, malaria jest wszechobecna. Nasz przyjaciel kilka lat temu zachorował tam na malarię. Tymczasem tutaj w tym parku jest bezpiecznie. Podobno jest to efekt wyjątkowej fauny i flory, wielu endemicznych gatunków roślin w tej okolicy.
Bulwersujący jest widok różnych kościołów, czy raczej prostych baraków, w których odprawiane są msze. Walka o biedne dusze trwa. Jest kościół katolicki, ewangelicki, świadkowie jechowy i jakieś lokalne wyznanie. Nawet tu w Lagunas są też Chińczycy. Dwie rodziny prowadzą dwa sklepy.
Lagunas raczej się nie rozwija, ani nie unowocześnia. Biorąc pod uwagę fakt, że kilka lat temu było tu czynne lotnisko, to raczej się uwstecznia. Lotnisko tzn. trawiasty pas startowy, ale to nieważne. Istotne, że lądowały samoloty, choć ponoć w większości przemytników narkotykowych. Bo ta północno-wschodnia część Peru słynie z ogromnego ruchu narkotykowego. Amerykańska Agencja Bezpieczeństwa wydawała nawet niedawno ostrzeżenie dla turystów wybierających się w te rejony. Ale normalne życie toczy się tutaj swoim rytmem. Tak po prostu.
Dowiedzieliśmy się, że nasza lanczia w końcu przypłynie. Będzie to niestety najmniejszy i najgorszy model ze wszystkich tu pływających. Będzie tłoczno, śmierdząco i ze złodziejami. Ale również lokalnie i ciekawie. Jeżeli w ogóle uda nam się wsiąść i powiesić hamaki. Choć nie mamy wyboru, bo zmieniliśmy nasze bilety lotnicze i za kilka dni lecimy na wybrzeże brazylijskie. A nie wiadomo kiedy będzie kolejna lanczia. Wiadomo tylko, że na pewno nie jutro. Ostatni tydzień tej podróży spędzimy tak jak zwykle spędza się podróż poślubną – na rajskich plażach.
Wracamy lanczią do cywilizacji
Wsiedliśmy o północy po ciemku na lanczię. Cały pokład zatłoczony był ludźmi, plątaniną rozwieszonych hamaków. Wszędzie walały się jakieś tobołki, na podłodze spały dzieci, poszczekiwały psy, gdakały kury, a raz na jakiś czas kwiczała leżąca piętro niżej świnia. Śmierdziało krowami, które umiejscowione były na dziobie lanczi, więc pęd powietrza razem z krowim zapachem wpadał na pokład. Wcisnęliśmy swoje hamaki między hamak młodej i ładnej Peruwianki, a hamak starej i być może kiedyś ładnej Peruwianki. Splątaliśmy nasze cztery plecaki i ruską torbę stalową linką, pospinaliśmy kłódkami, przywiązaliśmy do siebie i poszliśmy spać.
Rano śpiące na podłodze dzieci zaczęły biegać i się bawić. Niektórzy dorośli chodzili w te i z powrotem schylając się pod dyndającymi hamakami. Inni całe godziny leżeli bezmyślnie. Było głośno i ciekawie. Trzy razy dziennie kuchnia wydawała posiłki. Zgodnie z oczekiwaniami były one zjadliwe, ale mało pożywne i niesmaczne. Jeszcze w Yurimaguas przygotowaliśmy się na to, więc nie głodowaliśmy.
Co chwila nasz lanczia podpływała do brzegu, do kolejnej wioski i następowała błyskawiczna wymiana towarów. Na pokład ładowane były przede wszystkim banany. Setki, wielkich kiści zielonych bananów. Tutaj zrozumieliśmy jak zaczyna się cały proces biznesu bananowego, który zaczyna się w dżungli, a kończy na naszych europejskich stołach. Gdzieś głęboko w dżungli, w Peru, w Ekwadorze w małych wioskach miejscowi uprawiają banany. Potem ładują kiście na lanczię. Skupowane są one przez handlarza. Na naszej lanczi jest to sympatyczna kobieta. Wielokrotnie stałem na górnym pokładzie lanczi i obserwowałem ten biznes. Chłopaki wnosili ciężkie ważące kilkadziesiąt kilogramów kiście bananów, a ta pani liczyła. Za jedną kiść płaciła miejscowym 1,5 złotego. Kilka dni później sprzedawała tą samą kiść w Iquitos za 6 złotych. Kilka tygodni a może nawet kilka miesięcy później my kupujemy już żółte banany w warzywniaku na osiedlu i płacimy kilka złotych za kilogram.
A skoro wspominam już o handlu i transporcie międzynarodowym to właśnie przypomniał mi się inny produkt, który już kilkaset lat temu był sprowadzany z Peru do Europy. Chodzi o odchody ptaków – guano - z wysp Ballestas na wybrzeżu peruwiańskim. Guano pokrywa niektóre części wysp nawet pięćdziesięciometrową warstwą. Okazało się, że jest to świetny nawóz, który wieloma statkami sprowadzany był do Europy w XIX wieku. Prawdziwie dochodowy, choć gówniany był to biznes.
W ciągu dnia zrobiło się niesamowicie parno i gorąco. Blaszany dach nagrzał się niemiłosiernie a powietrze stało w miejscu. Ale to nie ludzie tylko krowy cierpiały najbardziej. Stały na dziobie lanczi na słońcu. Kiedy padła pierwsza krowa, to zaczęła się akcja reanimowania tych, które blisko były śmierci. Załoga najpierw usiłowała rozpędzić zatłoczone krowy, tak, żeby nie deptały po umierających leżących zwierzętach. Potem siłą je podnosili i poili. Akcja zakończona była chyba sukcesem, bo nie widzieliśmy więcej martwych zwierząt.
Ponad dwie doby spędziliśmy na lanczi. Życie w tej niewielkiej i utworzonej tylko na chwilę społeczności płynęło bardzo powoli. Przyspieszyło dopiero, gdy dopływaliśmy do Iquitos. Nagle wszyscy zaczęli zdejmować i zwijać hamaki, pakować tobołki. W kilka minut wszyscy byli gotowi do opuszczenia lanczi. Gotowi byliśmy i my.
Słynne Iquitos
Iquitos, największe miasto na świecie, do którego nie da się dojechać samochodem. Można tu tylko przylecieć lub przypłynąć. Położone jest nad Amazonką w samym sercu puszczy Amazońskiej tuż obok tzw. potrójnej granicy peruwiańsko – brazylijsko – kolumbijskiej. Swoją sławę i bogactwo zawdzięcza wspomnianemu wcześniej przemysłowi, w którym na najniższym szczeblu brał udział Klever – kauczukowi. Tu w Iquitos osiedlili się baronowie kauczuku. To oni zbili wielkie fortuny i żyli tu w luksusie. Podobno sprowadzali luksusowe marmury i produkty z Europy do swoich posiadłości. Tak samo szybko jak powstał ten wielki biznes, potem momentalnie upadł. Najpierw gdy jeden przedsiębiorca przemycił sadzonki drzew kauczukowych do Azji i tam rozpoczął plantacje kauczuku, który było łatwiej zbierać na zorganizowanych plantacjach niż w głębokiej dżungli. Potem naturalny kauczuk zastąpiły wyroby syntetyczne i teraz chyba nikt już nie zbiera kauczuku w Amazonii.
Jeżeli ktoś przybywający do Iquitos spodziewa się podobnie jak my zobaczyć mistyczne miasto znane z filmów i książek, to pewnie będzie zawiedziony. Jest to ruchliwe, gwarne duże miasto. Poza kilkoma budynkami kolonialnymi z czasów kauczuku niewiele różni się od innych miast. Jednak sama świadomość historii Iquitos i położenie geograficzne sprawia, że jest to miejsce, którego nie można przegapić będąc w tej części świata. Wizyta na lokalnym targu i w dzielnicy pływających domów, gdzie na wodzie odbywa się całe życie działa mocno na wyobraźnię. Na targu można kupić wszystko, od żywych kurczaków, przez ogon wielkiego kajmana, który sprzedaje matka karmiąca piersią dziecko, po deser składający się z białek kurzych jaj i cukru. Między unoszącymi się na rzece domami pływają kanu, które są sklepami i restauracjami. Podobną miejscowość można zobaczyć na rozlewisku Mekongu w Kambodży. Tam jednak domy stoją na wysokich palach wbitych w dno rzeki. Tutaj unoszą się one na powierzchni na pływających balach.
Koniec podróży
Z Amazonii i Iquitos polecieliśmy do Brazylii. Ostatnie dni podróży spędziliśmy leniuchując na plaży i zwiedzając jedno z najsłynniejszych i najpiękniejszych miast na świecie – Rio de Janerio. Koniec podróży przyszedł szybko. Pozwiedzaliśmy Rio, kiblowaliśmy kilka godzin na lotnisku, potem kilkanaście niewygodnych godzin w samolocie i już wylądowaliśmy w Warszawie. Witaj rodzinko, cześć przyjaciołom. Jesteśmy cali, zdrowi i szczęśliwi. Ten etap podróży poślubnej jest zamknięty. Rozpoczynamy nowy...
Maj 2008
Zobacz zdjęcia z Amazonki>
kliknij tutaj
Przeczytaj nasz artykuł w miesięczniku "Jachting">
kliknij tutaj