top o serwisie o nas nasza podroz kontakt newsletter strona glowna www.honeymoonstory.net www.podrozposlubna.com
Relacje Moni i przybysza
O Inkach w Machu Picchu i Urosach na pływających wyspach
O tym jak zmienia się Peru i jak dojechaliśmy do dżungli amazońskiej

Teraz 12 maja:
Ostatnia przygoda podczas tej podróży! Plyniemy głęboko do dżungli amazońskiej, będzie kanu, rzeka, dżungla, komary...

Do Birmy nas nie wpuscili w zeszlym roku i to kraj, ktory najbardziej chcielibysmy zobaczyc w nastepnej podrozy... Jak to jest, ze w XXI wieku tysiace ludzi umiera, bo jakas wladza nie chce wpuscic pomocy...?? Mozemy sie tylko solidaryzowac z Birminczykami, ale to im nie pomoze...
Zdjęcia moni i przybysza
Zdjecia Moni i Przybysza Etap trasy / Galeria zdjęć:



KategorieWybierz kraj:



Jesteś
niezalogowany/a
Zaloguj

Poznaj relacje użytkowników
Relacje Moni i Przybysza
Słynne kultury peruwiańskie
Inkowie
O kulturach Majów, Azteków i Inków w Ameryce Łacińskiej słyszeli chyba wszyscy. Ale skąd się wzięli i dlaczego wszyscy o nich wiedzą? O Majach i Aztekach z rejonu dzisiejszego Meksyku i Gwatemali pisał teraz nie będę, bo to była inna podróż. Ale siedząc u podnóża Machu Picchu, słynnego miasta Inków na szczycie góry, to dobry moment, żeby zastanowić się nad bytem i niebytem Inków.

Prawda jest taka, że mniej więcej do połowy XV wieku, czyli na zaledwie sto lat przed przybyciem Hiszpanów, Inkowie byli tylko jednym z wielu małych plemion w ogromnych Andach. A przed nimi, w tym rejonie w ciągu ostatnich 4000 lat były inne wielkie cywilizacje, których ślady do tej pory są odnajdywane, np. Nazców. Skupmy się jednak na Inkach. Dopiero zaatakowani przez inne podobne sobie plemię z okolic Cuzco i po udanej obronie, nabrali apetytu i zaczęli podbijać okolicę.

W ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat podbili tereny od Kolumbii przez Ekwador i Peru po środkowe Chile, obszar mniej więcej wielkości kontynentalnej Europy. Wtedy też powstał pomysł, że Inkowie to ludzie władzy, którzy stają na górze hierarchii. Powstała wielka cywilizacja, którą podziwiamy do dziś. Choć nie znali pisma i koła, to umieli np. przewidzieć zaćmienie słońca i budowac miasta na szczytach gor.

Po niespełna stu latach początkiem końca Inków, podobnie jak wielu innych królestw, była wojna domowa między dwoma braćmi o władzę. Hiszpanie, szczęśliwie dla nich, bo nie dla kultury Ameryki Południowej, przybyli właśnie wtedy, gdy państwo Inków było bardzo słabe i podzielone. Poza tym mieli konie, nieznane Inkom i żelazną broń. To siało postrach wśród miejscowych. Konkwistadorzy pojmali Inkę Atahualpa, który choć wykupił się pokojem pełnym złota i srebra, to i tak został stracony. Przez kilkadziesiąt lat Inkowie próbowali walczyć z Hiszpanami, ale przegrali. Zresztą mniej nić 200 Hiszpanów potrafiło szarżą konną pokonać stu tysięczną armię Inków.

Inkowie nie wszystkie swoje osiągnięcia zawdzięczają potędze militarnej. Podstawą był też handel. Niektóre plemiona swobodnie, tzn. bez użycia siły, wstępowały do inkaskiego imperium, między innymi po to by zapewnić sobie stały przypływ towarów. Choć pewnie gdyby tego nie uczynili to i tak byliby zmuszeni. Ta potrzeba handlu zdeterminowana była położeniem geograficznym Peru. Otóż plemiona zamieszkujące zachodnią część miały dostęp do morza i jego produktów. Ale za to wybrzeże było i jest bardzo suche i pustynne więc musieli poszukiwać innych produktów w zielonych, górskich dolinach zamieszkałych przez inne plemiona. Ci z kolei szukali owoców tropikalnych i koki u plemion z rejonu tropikalnej Amazonki.

Wielkim sukcesem Inków było właśnie skuteczne włączanie nowych plemion do swojego imperium. Musieli oni wykonywać prace społeczne, np. budować drogi i utrzymywać tarasy rolne oraz kanały irygacyjne. Ale pracownicy ci byli często przesiedlani i zmuszani do pracy w innych rejonach niż ich władne wioski, w związku z tym było stałe napięcie, obawy i niepokoje między lokalsami, a przyjezdnymi pracownikami. Niektórzy historycy porównują to do działań przesiedleńczych Stalina.

I ciekawostka - podobno Inkowie w Cuzco jedli świeże owoce morza dostarczane z wybrzeża Ekwadoru przez kurierów biegaczy. Zajmowało im to ponoć tylko 6 dni. Nieźle, szczególnie, że teraz trasę tą nowoczesnymi autobusami po asfaltowych drogach pokonuje się w minimum 60 godzin. Ale biegacze dostarczający wiadomości, którzy jak sztafeta biegali po inkaskich drogach przez Andy, mogli w ciągu jednego dnia przekazać wiadomość na odległość 450 km.

Machu Picchu
Ja kudłaty, durnowaty, nie wiedziałem co to... Machu Picchu. To znaczy doskonale wiedziałem, bo oglądałem wielokrotnie setki świetnych zdjęć i kilka filmów o Machu Picchu. Mimo tego, jakoś nigdy nie było to miejsce moich marzeń, do którego wyjątkowo by mnie ciągnęło, w przeciwieństwie do innych turystów. Zastanawiałem się nawet, czy może nie rozbestwiłem się tymi podróżami i przestało mi zależeć, przestało mnie zadziwiać.

Ale jednak okazało się, że wszystko ze mną w porządku. Po prostu, jak zwykle, oglądać zdjęcia czy filmy i zobaczyć na własne oczy, to zupełnie inne przeżycia. Machu Picchu totalnie zaskoczyło mnie. Niespodziewanie byłem pod ogromnym wrażeniem. Ponad 11 godzin spędziliśmy w tym starym dawnym mieście Inków, od 6 rano niemal do zmierzchu. Biegałem jak szalony z aparatem. To przecież nie chodzi o samych Inków i ich budowle, ale o lokalizację. Daleko w Andach są głębokie doliny ze stromymi, często pionowymi, skalistymi, wysokimi górami wokół. Na jednym ze szczytów takiej góry Inkowie wybudowali to miasto, tam mieszkali i świętowali w świątyniach. Uprawiali rolę na stromych zboczach, wcześniej mozolnie budując tarasy obłożone kamieniami, zupełnie inne niż tarasowe uprawy ryżu w Azji Południowo – Wschodniej.

Cały czas stosunkowo niełatwo dostać się na Machu Picchu. Choć oczywiście teraz to chodzi raczej o ilość czasu, organizację i przede wszystkim pieniądze, a nie o trudy samej podróży. To była nasza najdroższa wycieczka w całej podróży. Najpierw trzeba dojechać do Cuzco. My, mając dość autobusów, wróciliśmy nim tylko z Ayacucho do Limy, a juz do Cuzco polecieliśmy samolotem, bo przejazd z Limy jest dość długi i uciążliwy. Autobus z Ayacucho mocno się spóźnił i mieliśmy do odlotu nieco ponad godzinę. Na szczęście trafił nam się dobry kierowca. W tym momencie dobry to znaczy wariat drogowy. Ostatni raz taki dziki przejazd samochodem miałem w Indiach, a Monia jechala praktycznie cala droge z zamknietymi oczami. Jak ktoś był w Indiach, to wie, o czym mówię – trąbienie, wciskanie się na trzeciego, skręcanie ze skrajnego lewego w prawo, gaz i hamulec. Kierowca dostał napiwek. Zdąrzyliśmy!

Następnie, najtańszy sposób dostania się na Machu Picchu to 2 godz. autobusem i 2 godziny pociągiem. Najtaniej dwugodzinny przejazd tym pociągiem kosztuje ponad 30 dolarów w jedną stronę (są też droższe bilety), a te 2 godziny autobusem lokalnym kosztują jednego dolara. Potem jeszcze jeden autobus, już tylko pół godziny, ale za 12 USD i wstęp na Machu Picchu ponad 40 USD. Wszystko oczywiście przez monopole, które są przyczyna wielu strajków, ostatniego 2 tygodnie temu. Lokalni mieszkańcy, nie tylko turyści, są przeciwni takiej sytuacji. Miejscowi Peruwianczycy po prostu nic z tego nie mają, a prywatna spółka brytyjsko – peruwiańska się bogaci na potegę. Nie znam nigdzie indziej na świecie tak drogich zabytków. Można dojechać nieco taniej, ale to wiąże się ze zmianą lokalnych środków lokomocji i kilku godzinnym przejściem po torach, w sumie zajmuje około półtora dnia.

Jest jeszcze jeden sposób na dotarcie do Machu Picchu, czterodniowy trek, tzw. Inca trail. Przez 4 dni idzie się przez góry po starej drodze Inków. To jeden z najbardziej popularnych treków na świecie, ale też najdroższy o jakim słyszałem, bo kosztuje kilkaset dolarów. Nie można go zrobić samodzielnie, choć trasa nie jest trudna. I wszyscy twierdzą, że trzeba go rezerwować co najmniej z sześciotygodniowym wyprzedzeniem. My podziękowaliśmy za tą przygodę.

Wracając do Machu Picchu. Nikt do końca nie wie, dlaczego powstało tak głęboko schowane przed światem. A mimo okupacji tych terenów przez Hiszpanów przez prawie 400 lat dopiero na początku XX wieku dowiedzial się świat o jego istnieniu. Kilka teorii wyczytałem i usłyszałem od przewodników, że była to letnia rezydencja głównego Inki lub że grupa Inków miała dość podatków i schowała się przed mocarstwem (ta teoria mi sie podoba ;) albo że uciekali tutaj przed konkwistadorami. Nie wiadomo też czemu i kiedy miasto zostało opuszczone. Jest przez to wszystko jeszcze bardziej tajemnicze.

Mieliśmy niefarta z pogodą, który ostatecznie uznaliśmy jednak jako fajne okoliczności. Przez pierwszych kilka godzin była niesamowicie gęsta mgła dookoła, a właściwie chmury, bo to przecież wysoko i nie widzieliśmy wschodu słońca. Ale za to szwendaliśmy się po tym tajemniczym i jeszcze opuszczonym mieście w chmurach (grupy turystów przyjeżdżały dopiero później). I nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z jego zapierającego dech w piersiach położeniu (dosłownie, nie przesadzam). Dopiero później pomału wiatr przewiewał mgłę i odkrywał piękne widoki, budowle i tarasy.

Jeszcze kilka dni temu nie spodziewałem się, że moja relacja z Machu Picchu będzie tak wychwalała to miejsce. Ale na prawdę zrobiło ono na mnie aż takie wrażenie. Zresztą całe Peru i jego mieszkańcy zaskakują nas i zmieniają nasze wykreowane artykułami podróżniczymi i opowieściami innych wyobrażenie o tym kraju. Na jeszcze lepsze, zdecydowanie.

Jezioro Titicaca
Znowu mieliśmy szczęście i przypadkiem udało nam się zrobić coś super. Jedną z głównych atrakcji Peru jest jezioro Titicaca, którego większa część leży w Peru, a mniejsza w Boliwii. To bardzo ważne miejsce w tradycji inkaskiej, bo Inkowie wierzą, że pierwszy Inka Manco Capac wyłonił się z jednej z wysp na jeziorze, która też jest miejscem narodzin słońca.

Dla turystów jednak ważniejsze są piękne krajobrazy tego najwyżej położonego wielkiego jeziora żeglownego na świecie i kultury je zamieszkujące. W tym rejonie nawet język jest inny, bo nie mówią powszechnym w Andach Qechua, tylko w Ajmara. Ale najbardziej nietypowa jest społeczność, która zamieszkuje tzw. pływające wyspy – Urosi.

Urosi budują swoje wyspy z trzciny i całe wioski mieszkają na takich pływających wyspach. Zastanawialiśmy, czy w ogóle tam pojechać. Od większości osób, które tam były, słyszeliśmy, że choć to bardzo ciekawe, to zupełnie zepsute przez turystykę i wygląda bardziej, jakby przyjechało się do popularnego skansenu niż odwiedzało prawdziwych ludzi żyjących zgodnie ze swoją tradycją.

Ostatecznie jednak udaliśmy się do miasta Puno nad jeziorem. I tak było po drodze z Cuzco do Arequipy. Mieliśmy zrobić standardową wycieczkę, podczas której staje się na jednej lub dwóch takich pływających wyspach, robi zdjęcia i po 20 minutach płynie dalej. Nasze szczęście polegało na tym, że zupełnie przypadkiem znaleźliśmy na forum dyskusyjnym numer telefonu do jednej rodziny na jednej z pływających wysp. Zadzwoniliśmy i numer był aktualny. Nie mają tam za wiele, ale wyspy zakotwiczone są tylko kilka km od brzegi, więc jest zasięg komórek.

I teraz siedzę na ławeczce w kształcie łódki z trzciny, na wyspie zrobionej z trzciny, na palącym słońcu w południe na wysokości 3900 m i piszę tą relację. Jesteśmy ugoszczeni przez rodzinę Vilca i będziemy spali w jednej z ich chatek, oczywiście w domku z trzciny i na łóżku z trzciny. Okazało się, że na jeziorze Titicaca i pewnie na całym świecie, są tylko 42 takie wyspy. Na każdej mieszka od kilku do kilkunastu rodzin. Ale tylko ta jedna rodzina rozpoczęła inicjatywę goszczenia turystów. Na razie nie mają ich za wiele. Ale jesteśmy pewni, że to kwestia czasu i będą musieli prowadzić rezerwację z długim wyprzedzeniem. Bo to niesamowite przeżycie spędzić czas tradycyjnie z tymi przemiłymi ludźmi na ich wyspach.

I faktycznie czujemy się jak w skansenie. To tak jakby przyjechać na Kaszuby do skansenu we Wdzydzach Kiszewskich. Ale właśnie, to nie jest skansen. Ci ludzie tu mieszkają, tak jak kiedyś i dalej są praktycznie samowystarczalni.

Już w okresie przed Inkami Urosi mieszkali na jeziorze. Wtedy jednak mieszkali na wielkich łodziach zbudowanych z trzciny. Dopiero w pierwszej połowie XX wieku zaczęli budować swoje pływające wyspy. Jednym z ich codziennych zajęć jest oczywiście praca z trzciną, której potrzebują permanetnie. Pływają więc łodziami, ścinają trzcinę, selekcjonują, suszą, a potem budują z niej prawie wszystko, co mają. Konstrukcja takiej wyspy jest po prostu niebywała. Średnie zanurzenie wynosi około 2,5 metra. 1,5 metra dolnej warstwy stanowi cos w rodzaju pływającego torfu, który Urosi wycinają z jeziora. Następnie transportują takie bloki torfu i łączą linami. Na to układają ok. 1,5 metrową warstwę trzciny, tak że wyspa wystaje ponad powierzchnie wody jakieś pół metra. Całą taką wielką wyspę przywiązują do żerdzi eukaliptusowych wbitych w dno jeziora. Trwałość wyspy wynosi około 25 lat, ale cały czas trzeba nad nią pracować, naprawiać, dokładać kolejne warstwy trzciny. Domy i łodzie z trzciny są wielokrotnie mniej trwałe. Mniej więcej raz na rok wszystkie warstwy trzciny muszą być zmienione.

Urosi żyją głównie z tego, co wyhodują i z połowu ryb. Nie uprawiają żadnych roślin, więc od dawna trwa wymiana handlowa między Urosami, a społecznościami ze stałej ziemi, jak to Urosi nazywają innych. Głównym źródłem dochodu jest obecnie turystyka. Dość smutny to widok jak ta turystyka jest zorganizowana i jak Urosi są wykorzystywani przez agencje turystyczne. Kilkadziesiąt lub raczej kilkaset osób przypływa codziennie na wyspy Urów. Wizyta jest tylko częścią wiekszej wycieczki, wobec tego wszyscy przypływają rano. Są na wyspie 15-20 minut i płyną dalej. Urosi nazywają to tourismo pasada, czyli turystyka czasu przeszłego, bo ledwie przypłynęli i już ich nie ma. Skarżyli się, że turyści są krótko, specjalnie nie rozmawiają z nimi, nie dowiedzą się, jak wygląda ich życie na pawde. Niewiele też z tego mają, bo zarabiają tylko na sprzedanych suwenirach, które jednak rzadko są kupowane od nich przez turystow. Agencje turystyczne nie dzielą sie z nimi ani groszem. Granda!

Jakby ktoś był w tych rejonach, to kupcie coś od Urów lub zostawcie jakiś napiwek. A najlepiej skontaktujcie się z nasza znajomą rodziną, bardzo chętnie was przyjmą. Służymy ich numerem telefonu. Są przesympatyczni i nadspodziewanie dużo wiedzą o świecie. Bardzo chcą witać więcej turystów w swoich progach i chętnie opowiadają o sobie oraz demonstrują swój styl życia. Pokazują, jak budują wyspy i domy, zabierają tradycyjną łodzią na ryby i wycinanie trzciny. Ale przede wszystkim rozmawiają i rozmawiają. I świetnie gotują. To były jedne z najfajniejszych dni podczas całej naszej podróży.

Pierwsza połowa kwietnia 2008


Zobacz zdjęcia z Machu Picchu i z wysp pływających
kliknij tutaj