top o serwisie o nas nasza podroz kontakt newsletter strona glowna www.honeymoonstory.net www.podrozposlubna.com
Relacje Moni i przybysza
Przyszła polska jesien, na razie nie złota niestety. My 4 miesiące w domu jesteśmy. I co?
Zdjęcia moni i przybysza
Zdjecia Moni i Przybysza Etap trasy / Galeria zdjęć:



KategorieWybierz kraj:



Jesteś
niezalogowany/a
Zaloguj

Poznaj relacje użytkowników
Relacje Moni i Przybysza
Północne Chile i droga do Peru
W drodze... i w drodze... i dla odmiany znowu w drodze...
Zastanawiam się, którą dziesiątkę godzin spędzamy właśnie w autobusie w ciągu ostatnich 10 dni. Prawdopodobnie siódmą lub ósmą, a godzin kiblowania na dworcach to już nie zliczymy. Nasza podróżnicza ciekawość znowu sprawia, że jeździmy w te i z powrotem, 10 godzin w te, a potem z powrotem. Najpierw Monia znalazła imprezę, której szukaliśmy od przyjazdu do Patagonii – lokalne, gauczowskie zawody rodeo. Pojechaliśmy więc z Puerto Varas do Chillian, a potem do wioski Temuco, 10 gdzin. Wiedzieliśmy, ze kolejnego dnia wrócimy tą samą drogą 6 godzin do Villarica, bo tam pozostał wulkan, który bardzo chcieliśmy zdobyć.

Było warto, bo rodeo okazało się świetną, prawdziwą imprezą z obecnymi tylko dwoma obcokrajowcami, z Polski. ;) Wulkan Villarica też był super przygodą. To nic, że prawie prosto z autobusu poszliśmy na wulkan, a prosto z wulkanu do nocnego autobusu do Santiago.

Po raz pierwszy w tej podróży spieszymy się. W Peru, w Ayacuco są podobno najciekawsze obchody świąt wielkanocnych w Ameryce Płd. A to kilka tysięcy kilometrów przez pustynię i Andy. Ale nie możemy sobie odpuścić tej imprezy, bo kultura i lokalne festyny są najciekawsze. Wsiadamy więc z autobusu do autobusu.

Robimy sobie przerwę na pustyni Atacama. Ale nie odpoczywamy, bo święta tuż tuż, a tutaj, w tym najsuchszym miejscu na Ziemi, jest Dolina Księżycowa, Dolina Śmierci, solina (wyschnięte słone jezioro), gejzery, piękne jeziora polodowcowe na wysokich wyżynach, same cuda natury. Niemal każda wycieczka zaczyna się przed świtem. Po kolejnej z nich, niewyspani, wsiadamy znowu do nocnego autobusu, dalej w stronę granicy z Peru.

Z Peru do Chile
Wczoraj już w Peru miałem kryzys, ze zmęczenia bolała mnie głowa i miałem sensacje żołądkowe. Musiałem szybko się regenerować, bo dziś znowu braliśmy autobus skoro świt. Nie myślcie sobie, że my tu na wakacjach jesteśmy i się lenimy. To podróżowanie to często ciężka praca jest. Dziś jedziemy kolejne 10 godzin, a jutro następne. Jakieś ostatnie 30-40 godzin to przejazd przez niesamowity, pustynny krajobraz andyjski, same skały, piach i kamień. Wjeżdżamy z poziomu morza na 4 tysiące, potem na 2 i tak w kółko. Ciągłe zakręty, przepaści. Gdzieniegdzie w dolinie mała oaza z kilkoma drzewami, jakimś polem kaktusów i wioska. Zaskoczył nas ten krajobraz. Nie wiem czy bardziej przypomina to księżyc czy Marsa. Tak pożegnało nas Chile, a przywitało Peru.

A w XVI w. tak podobno żegnało Peru i witało Chile pierwszych kolonizatorów hiszpańskich. Valdivia prowadził grupkę hiszpańskich rycerzy przez tą pustynię, gdy szli odkrywać nowe, rajskie, żyzne i zielone tereny Chile. Ponoć mieli wiele problemów i zajęło im to wiele tygodni. Wcale się nie dziwię, nie chciałbym tędy iść. To ja może się zamknę i nie będę już narzekał na te w sumie całkiem wygodne autobusy... ;)

Gdy w końcu wybiłem się z odrętwienia w autobusie, wziąłem do ręki najlepsze co można czytać o podróżach i świecie – Kapuścińskiego. Opisuje on właśnie jak leżał w buszu gdzieś na froncie wojny futbolowej między Hondurasem a Salwadorem, nad nim świszczą kule, poci się ze strachu, a spiker w radiu spokojnie informował o starcie Apollo z Amstrongiem na księżyc. A my, prawie 40 lat później, jedziemy przez krajobraz księżycowy u podnóża Andów.

Tak jedziemy z Atacamy przez Tacnę, Arequipę i Nazcę do Ayacucho. Wiemy, że znowu będziemy wracać dziesiątki godzin, bo zostawiamy za sobą najgłębszy kanion świata – Colcę, Cuzo, Machu Pichu i wiele innych miejsc. Mamy nadzieję, że doświadczenia kulturowe w Ayacucho podczas świąt nam to wynagrodzą.

Gauczowskie rodeo
Wracając do rodeo w Chile, o którym już wspomniałem. Znowu mieliśmy farta i trafiliśmy na świetną imprezę. Zebrała się cała społeczność lokalna, wszyscy gauczowie byli na pewno obecni, bo to lokalne eliminacje, zwycięzcy pojadą na ogólnokrajowy finał rodeo. Kultura gauczowska jest na prowincji bardzo silna. Niemal wszyscy prezentują się jak należy. Mają sombrera, poncza, kowbojki, koszule. Konie są odpowiednio osiodłane, gra muzyka. Startujący gauczowie trenują na padoku, stado krów zebrane w zagrodach pod trybuną. Są nie tylko młodzi, ale też już leciwi i z brzuszkami, choć na koniach bardzo szybcy i dynamiczni. Wszystko gotowe.

Zaczęło się. Okazało się, że to zupełnie inne rodeo niż do tej pory gdziekolwiek widzieliśmy. Są bardzo precyzyjnie określone zasady. Arena ma dziwny, owalny kształt i przedzielony jest w 2/3 półkolistym płotem. Wszyscy gauczowie siedzą nieruchomo na koniach z jednej strony tego płotu. A z drugiej dwóch gauczów zaczyna swój popis. Wypuszczona zostaje jedna krowa i gauczowie w parze mają w galopie ją odpowiednio prowadzić. Jeżdżą z nią w kółko biorąc ją w kleszcze, czyli pomiędzy konie. I tak w te i z powrotem. Na końcu każdego przejechanego półokręgu muszą odpowiednio krowę przygwoździć do ściany. Dostają za to punkty. I na pewno jednym to wychodzi lepiej, a drugim gorzej, bo raz na jakiś czas, w momencie dla nas niezrozumiałym, podnosi się ogromna wrzawa, gwizdy i wszyscy klaszczą. Nawet nas laików ta dynamiczna zabawa z krowami i końmi bardzo wciągnęła. Wszystko jest dość humanitarne i bezkrwawe, a zmęczona krowa zostaje na końcu odprowadzona do zagrody.

Wulkan...
Od przyjazdu do Ameryki ten wulkan stał sie dla nas symbolem. Symbolem chodzenia po górach. Mam dość poważnie uszkodzone kolano i druga część podróży w ogóle wisiała na włosku, bo przecież ciągle i dużo chodzimy. A chodzenie po górach wydawało się wykluczone. Podróżowanie po Ameryce Południowej to głównie ogromne i piękne Andy oraz dziesiątki, a może setki wulkanów. Więc przez cały czas pracowaliśmy nad tym, żebyśmy mogli wejść na tą górę. I na Fitz Roya i Torres del Paine.

Pracowaliśmy, tzn. ja ćwiczyłem i przygotowywałem kolana (i oszczędzałem gdzie się tylko da). I szukaliśmy na forach internetowych oraz w przewodnikach sposobów na treki, łatwiejsze, które w mniejszym stopniu obciążają kolana. Bo np. standardowa trasa w Torres del Paine to 5 dni chodzenia z ciężkim plecakiem z pełnym ekwipunkiem biwakowym, jedzeniem, maszynką do gotowania i ciepłymi ubraniami. Moje kolano nie wytrzymałoby 5 dni zasuwania po górach, tym bardziej z dodatkowym obciążeniem. Ale udało nam się znaleźć sposób na Torres, nie tracąc praktycznie nic. Wulkan Villarica był dla nas (i dla mojego kolana) zwieńczeniem patagońskich gór. Co prawda musze zaczynać rehabilitację prawie od nowa, ale było warto.

To bardzo fajne wejście, osiągalne praktycznie dla każdego (choć wielu nie dochodzi do końca ;) Jak określiła Monia nie było nudno, wiele się działo. Jest wjazd kolejką, wchodzenie pod górę normalną ścieżką, wspinaczka po lodzie w rakach i z czekanem, potem mozolne człapania pod górę po ostrych skałach i na końcu krater aktywnego i ziejącego dymem siarkowym wulkanu. Droga w dół wygląda zupełnie inaczej. Najpierw trudne zejście w dół po tych samych ostrych i obsuwających się spod stóp skałach. Ale potem jest największa atrakcja całego dnia. Wszyscy cieszą się jak dzieci i drą się na całe gardło z radości. Tutaj, gdzie wcześniej półtorej godziny wspinaliśmy się w rakach wypluwając płuca, teraz zejście w dół zajmuje nam 10 minut. A dokładnie zjazd, szybki zjazd na tyłkach. Tak, zasuwamy w dół na naszych tylnych częściach ciała hamując (ale lepiej nie) czekanem :) Na koniec, ostatni odcinek to łatwe zejście w dół w czarnym piachu wulkanicznym po kostki, a raczej do połowy łydek.

Odległość i rozstanie z najbliższymi to spora cena za przygodę, podróżowanie, realizację marzeń. Szczególnie jest to trudne, gdy nie wszystko dzieje się tak jak byśmy chcieli, a my nie możemy być tam, gdzie powinniśmy. W domu. W poprzedniej podróży były takie chwile. I w tej też. Na szczęście nowe technologie ułatwiają i zmniejszają ten dystans, bo można być w stałym kontakcie, zarówno dźwiękowym jak i wizyjnym. Ten wulkan, to symboliczne wejście na niego, dedykujemy mojej mamie. Mamie, która teraz dzielnie i z sukcesem, ale ogromnym trudem i wysiłkiem, zdobywa swoje własne szczyty i wulkany.

Santiago
Byliśmy w Santiago, w stolicy Chile, tylko jeden dzień, więc nie poznaliśmy prawdziwego oblicza tego miasta. Ale szwendaliśmy się po centrum i okolicach. I wiecie co? To bardzo przyjemne, czyste, nowoczesne i dobrze zorganizowane, europejskie miasto. Przez tyle lat podróżowania nie mogą się nadziwić jak to jest, że choćby miasto Meksyk, Buenos Aires, Santiago, Dehli (bo o Singapurze czy Nowym Jorku wspominać nie ma co) i wiele innych aglomeracji ma od lat rozwinięte metro, bez którego żadna metropolia nie może się obejść. A Warszawa... ech, nie ma co gadać.

Atacama
Nie ma chyba na świecie turysty, który nie słyszałby o pustyni Atacama. Nosi ona miano najsuchszej pustyni na Ziemi. Chwali się swoimi zróżnicowanymi cudami natury, o których wspominałem na początku tego tekstu. To jedno z kilkunastu najbardziej znanych i popularnych turystycznie miejsc w całej Ameryce Południowej, gdzie spotykają się wszyscy turyści. I oczywiście warto, wiele można tu zobaczyć i zrobić, zresztą zobaczcie nasze fotki, to się przekonacie. Ale...

Muszę dodać, że Atacama jest też najbardziej znana, stosunkowo najłatwiej dostępna i łatwo tutaj zobaczyć te różne dziwy natury w jednej okolicy. Ale w innych miejscach na świecie są one jeszcze ciekawsze, na przykład Dolina Księżycowa (Valle de la Luna) w Argentynie w parku Antafogasta i Talampaya, Salar de Uyuni w Boliwi i gejzery w Yellowstone w USA.

Pierwsza połowa marca 2008

PS 1. Mam już naprawdę dosyć autobusów i przejazdów. Wiem, że ciągle o tym ostatnio piszę, ale autobus stał się jedynym miejscem w naszej podróży, które jest niezmienne. Tak jak dom. Zatrzymamy się w Ayacucho na jakiś czas, byleby nie jechać dalej. Zaplanujemy co dalej. Po świętach zostanie nam jeszcze jakieś 10 tygodni podróży i nie mamy żadnych planów. Możemy spędzić cały ten czas w Peru, pojechać do Boliwii lub Ekwadoru. A na koniec do Brazylii, ale być może bez zwiedzania, tylko do samolotu. Wracamy z Sao Paulo.

PS 2. Póki co i tak wolę siedzieć w tych cholernych autobusach niż za biurkiem ;)


Zobacz zdjęcia z rodeo
kliknij tutaj

Zobacz też zdjęcia z wulkanu Villaria i z Atacamy
kliknij tutaj

I przeczytaj relację oraz zobacz zdjęcia z Patagonii
kliknij tutaj